wtorek, 3 października 2017

Dziesięć powodów, przez które nie możesz schudnąć. Część II.

Kilka dni temu poznaliście Izaurę i zobaczyliście, że próbując schudnąć popełniła już szereg możliwych błędów. Jednak i Wy w błędzie jesteście, jeśli myślicie, że na tym poprzestała. O nie! Izaura lubi popełniać pomyłki w pełnych pakietach, żeby mieć skąd wyciągać wnioski. Tak więc Niewolnica (Odchudzania) Izaura, ciąg dalszy.

Po piąte. Izaura ma słomiany zapał. No owszem, jadła zdrowo i kalorycznie należycie, chodziła na siłownię, dbała o odpowiednią ilość cardio i regenerację. A później przyszła sobota, na którą Izaura zaplanowała sobie cheata. W jego ramach umówiła się ze znajomymi na pizzę, do pizzy wypiła piwo, albo dwa, albo pięć, w bardzo radosnym nastroju dotarła w środku nocy na imprezę, gdzie szociki lały się aż miło, a wie, że na pusty żołądek pić nie należy, w międzyczasie więc wyskakuje na kebaba, podjada orzeszki i generalnie czuje się obłędnie. Aż do rana, kiedy to budzi ją kac morderca, wypija mnóstwo wody, po czym kapitulując, wraz ze znajomymi raczy się klinem, a wieczorem masą tłustego żarcia, byle organizm zajął się trawieniem czegoś trudnego i przestał przypominać jej o wczorajszych szaleństwach. I tak z tygodnia na tydzień, Izaura funduje sobie 5 dni pracy, 2 szaleństw połączonych z brakiem regeneracji i jakoś „dziwnym” trafem obwód pasa się zwiększył…

piątek, 29 września 2017

Dziesięć powodów, przez które nie możesz schudnąć. Część I.

Na potrzeby tego posta stworzyłam postać Izaury. Wiem, kiedyś była Amelka (<-klik dla niezorientowanych), ale ona już od dawna jest wylaszczoną gwiazdą Instagrama, wrzuca zdjęcia wypiętego tyłka, owszem, muśniętego fotoszopem z równym zapałem, jak biust jej muśnięty jest silikonem, więc trochę głupio ją teraz powoływać przed szereg. Izaura jednakże zgodziła się robić za czarny charakter. Ów czarny charakter, proszę państwa, ma taki jeden, zasadniczy problem, że stara się schudnąć. No stara się, stara, i nic, ani waga ani centymetr, ani nawet wyszczuplające lustro w jednej z sieciówek, nie chcą przekazać jej nawet grama dobrych wiadomości. Co prawda niemożliwym jest, by w rzeczywistym życiu być przedstawicielem wszystkich dziesięciu wymienionych powodów naraz, ale ponieważ Izaura jest moim tworem, więc może wszystko.

poniedziałek, 11 września 2017

FIWE 2017

O targach FIWE słyszał chyba każdy zapaleniec fitnessu, więc jeśli jesteś w tym miejscu i czytasz moją skromną relację, nie muszę Ci ich przedstawiać. Na swoim pierwszym FIWE byłam 3 lata temu, jednakże bardziej służbowo i 90% czasu spędziłam w hali ze sprzętem fitness.
Według planu wejściówkę miałam wygrać w rodzimej siłowni, niestety okazało się, że dość mała ich pula była do rozdzielenia na kilkanaście klubów w całej Polsce, więc mój skromny wynik choć drugi na siłce, z łatwością został pobity gdzieś tam na Mazowszu (rzecz dotyczyła wiszenia na drążku). Dogadałam się zatem z towarzyszem podróży i postanowiliśmy odwiedzić targi w sobotę.

Dojazd

Po godzinie 10 korek w okolicach EXPO był większy, niż mój brzuch na solidnej masie. Żeby znaleźć miejsce do zaparkowania, trzeba było albo cudu, albo jednak wybrania się tam na 9 (ale o tej porze brałam rozbudzający prysznic przed kawą, więc ta opcja zdecydowanie odpadła). Spędziliśmy więc urocze 40 minut w owym potężnym korku, po czym zaparkowawszy gdzieś w równie solidnej kałuży, wybraliśmy się na zwiedzanie FIWE.

niedziela, 3 września 2017

Co z tym białkiem?

Artykułów na temat białka, zarówno jako suplementu, jak i makroskładnika, jest w internetach bardzo dużo, niemniej postanowiłam naskrobać o nim kilka słów, jako, że po rozmowach ze znajomymi wiem, że sporo osób ma o nim zupełnie błędne mniemanie.

Pamiętam swoje podekscytowanie, gdy kupiłam moje pierwsze białko (choć nie pamiętam ani firmy, ani smaku). Czułam się tak, jakbym otrzymała kartę wstępu do magicznej krainy kulturystyki, gdzie wszyscy spożywają ten nektar bogów, a za motto mają naprzemiennie „no pain na gain”, jak i że „kurczak, ryż i kreatyna zrobią z Ciebie sku***syna” ;)  Oczywiście, po kilku pierwszych szejkach na oponie nie wyrósł mi sześciopak, nie zaczęłam też nagle dźwigać kosmicznych ciężarów. Wciąż byłam tą samą Izoldą, choć nieco bardziej napaloną na fit life, bo skoro wszyscy mają białko a mam i ja, to jarałam się jak ten biblijny krzak.



Oszczędzę Wam opisu, jak białko serwatkowe (bo o nim piszę; są oczywiście odmiany wegańskie - jak np. konopne, czy sojowe, oraz bardzo niewegańsko wołowe, którego spróbowałam raz i nie zrobię tego nigdy więcej, wołowinę wolę jednak w burgerach i stekach) powstaje, dla zainteresowanych zostawiam linka do artykułu na stronie KIF

poniedziałek, 21 sierpnia 2017

Robimy poślad. Część II.

Jak widzicie, słowa nie zostały rzucone na wiatr, wracam z kolejną porcją wiedzy - dla niektórych powtórkowej, dla niektórych odkrywczej. Jak raz będzie bez lania wody, od razu przejdziemy do konkretów.

Zacznę może od tego, co oznaczał ów podział na dzień siły, hipertrofii i wytrzymałości. Pradawne nauki siłowe głoszą, że liczba ma znaczenie. Mięśnie lubią być stymulowane w różny sposób, ze względu na różne proporcje włókien szybko i wolnokurczliwych. Bez względu na to, które w danym mięśniu przeważają - warto stymulować je wszystkie, a przy okazji dać mięśniowi bodziec zarówno do rośnięcia, jak i bycia zdolnym do targania coraz większych ciężarów. Oczywiście trudno poświęcić trzy dni w tygodniu na samą pupę*, ale z powodzeniem można wykonywać fbw z naciskiem na cztery litery, bądź split, ale jednak zawsze z elementami poślada. Tych ćwiczeń, wbrew pozorom, nie musi być wcale nie wiadomo jak wiele.

piątek, 18 sierpnia 2017

Robimy poślad - część I.

Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze fitnessy nie były mi w głowie, za to bardzo chciałam być chuda, nosić rozmiar 36 i generalnie być jak modelka, smukła, zwiewna i eteryczna, uważałam, że odstający tyłek to mój wielki problem. Bo wiecie, założyłam obcisłą spódnicę, a tu jakieś wybrzuszenia. Pomijam już fakt, że z przodu były one obecne również, i nie mówię tu o biuście, który akurat z racji tuszy był raczej słuszny (tęsknię za nim teraz, ale niestety, staniki z tamtego okresu mogłyby mi co najwyżej posłużyć do konstrukcji procy). Pożądałam więc płaskiego brzucha, takiegoż tyłka i zupełnie nie rozumiałam tych wszystkich stwierdzeń, że kobieta musi mieć na czym siedzieć. Przecież na płaskim też można siedzieć, prawda?

Minęły lata, naście lat nawet, bo opowiadam tu dzieje gdy wiekowo było mnie połowę mniej, a słowo zmarszczki wydawało się równie odległe, jak dinozaury, choć oczywiście w drugą stronę, bo dinozaurów już nie ma a zmarszczki są znacznie bliżej, niż na horyzoncie. Marzenia o płaskim tyłku zniknęły, pojawiło się pragnienie odwrotne - i tu nagle okazało się, że to, co samoistnie egzystowało w latach młodszych, teraz jest znacznie trudniejsze do wypracowania. Jak by nie było, pracując ileś godzin dziennie przed komputerem spłaszczamy co nieco. Że nie wspomnę o tych setkach rewelacyjnych, młodzieńczych pomysłów typu dieta kopenhaska czy tysiąca kalorii, kręcenia godzin cardio i tylko cardio - bootykillers.

poniedziałek, 6 marca 2017

Być kobietą

Teksty o babskiej tematyce poruszane są tu dość regularnie, ale mam nadzieję, że i panowie znajdą w nim coś pożytecznego.

Zauważyliście, jak w ostatnich czasach negujemy różne święta? Walentynki to amerykańska komercha, Boże Narodzenie to już nie to samo, co kiedyś, Halloween to wymysł szatana a zbliżający się Dzień Kobiet to głupie, komunistyczne święto. Moim zdaniem powinniśmy trochę zluzować i cieszyć się z okazji do świętowania czy przeżywania takiej, a nie innej rzeczy. No i nie oszukujmy się – dla kobiet trenujących każda okazja, by dostać parę legginsów czy treningowy tank top, jest dobra. Chyba, że jest się kobietą nietrenującą – wówczas nieszczęśnik, najczęściej partner, słyszy najbardziej złowieszcze na świecie „Uważasz, że jestem gruba?!”* lub „W ogóle mnie nie znasz!”, po czym rozpoczną się sceny, przy których biedak uzna, że w Piekle Dantego mieli ubaw jak na niedzielnej karuzeli.
Z kobietami trenującymi jest w kwestii prezentów naprawdę łatwiej. Jak nie kupisz jej ciuszka na trening, odżywki białkowej lub miesięcznych dostaw cycków z kurczaka, to ucieszy się też z perfum, kwiatków czy masażu, bo to oznacza, że dostrzegasz w niej tego delikatnego kobiecego kwiatuszka, a nie tylko koksa z siłowni ;)



Tematem dzisiejszego posta są oczywiście kobiety, a inspiracją jest zbliżający się Dzień Kobiet. Ja na przykład, mimo swego słusznego wieku, wciąż jeszcze w pierwszej kolejności myślę o sobie per dziewczyna, i jak słyszę, że „Jesteś piękną kobietą”, to potrzebuję paru chwil na przyswojenie, zarówno tej pięknej (ach, gdybyście zobaczyli mnie po przebudzeniu, albo na kacu, albo gdy mam katar…), jak i kobiety, bo przecież ja? Kobieta? Taka młoda, niewinna, wciąż bez męża i potomstwa (ale już z kotem). Przecież heloł, kobiety są DOROSŁE!

sobota, 25 lutego 2017

Haters gonna hate

Zjawisko hejtu, trollingu itd. jest w dobie wirtualizacji rzeczywistości, gospodarki i relacji międzyludzkich jest powszechnie znane. Internet to naprawdę potężne narzędzie, stał się dźwignią handlu, nośnikiem reklamy, źródłem informacji. Fakt, że przeszłam większość mojej ścieżki edukacyjnej bez dostępu do przeróżnych portali wydaje się wręcz kosmiczny – dziś poza biblioteką wyposażoną w takie, a nie inne pozycje, mogę wykupić dostęp do edycji wirtualnych i znacznie poszerzyć źródła.

Taki szeroki dostęp do… do wszystkiego daje ludziom pewną swobodę. Niestety, daje im również możliwość wyrażania swoich opinii (tzn. wyrażanie opinii jest ok, ale forma bywa już odrzucająca), które nie zawsze są miłe, a często wręcz bardzo nieprzyjemne i z tym się chyba każdy zgodzi. 



Sądzę jednak, że słowo „hejt” jest dziś zdecydowanie nadużywane i wytłumaczę to na zasadzie właśnie fit-światka. Tu panuje kult ciała. Czy tego chcemy czy nie, największe przyciąganie mają sześciopaki z wystającym spod dresów paskiem galotków od Calvina Kleina. Taki jest trend i choć zdarzają się tu podejścia odmienne, takie jak trenowanie dla sprawności, zdrowia, siły czy po prostu dobrego samopoczucia, to jednak stanowią dość niewielki odsetek jeśli spojrzeć całościowo na fit blogi, instagramy czy fanpage na facebooku. Jedni wybierają sobie jako ścieżkę promocji prezentowanie sylwetki i ćwiczeń, inni dodatkowo sprzedają swoją prywatność, bo nie od dziś wiadomo, że ona przyciąga rzesze podglądaczy. Takie profile przyciągają też najwięcej komentujących z różnych parafii.

niedziela, 25 grudnia 2016

Recenzje siłowni #2 - Fun Fit II Stadion Wrocław

Do Fun Fitu  trafiłam w sumie przypadkiem – pewnego pięknego dnia rozmawiałyśmy w mej ówczesnej pracy z Sylwią (pozdrawiam! :) ) o wrocławskich przybytkach potu i krwi, i zapytała, czy byłam już w nowo otwartej siłowni na Stadionie. Zastrzygłam uszami, bo Stadion był wówczas 2 przystanki ode mnie (teraz jest ich 15 z przesiadkami – dlatego bywam tylko gościnnie). Trenowałam wówczas w Sportswerku, do którego pozostał mi ogromny sentyment i który zamierzam odwiedzić, by zobaczyć czy i co się zmieniło.

Tak  czy inaczej już dwa dni później odwiedziłam Stadion Wrocław, by zobaczyć, co Fun Fit II ma sobą do zaoferowania. Wchodzi się nań na poziomie parkingu, wchodzę zazwyczaj od strony ulicy Królewieckiej, górą – przez bramki, lub dołem, przez drogę dojazdową, co jest chyba opcją ciut szybszą. Windą wjeżdżamy na drugie piętro (a nie, to fit blog – schodami, schodami wchodzimy na drugie piętro! :P) by znaleźć się w przestronnej recepcji. Na wprost wejścia umieszczone są stoliki i kanapy, zaś po prawej stronie umieszczono kącik dla dzieci.




Od razu opiszę to, co pamiętam z korytarza z prawej strony, bo byłam tam dosłownie trzy razy w życiu, dwa razy rozciągając się w salce mniejszej (która, z tego co widzę na rozkładzie jazdy, nazywa się mentalną i Fight Funfit, więc nietrudno się domyślić, co się na niej dzieje), raz w większej, w której odbywają się zajęcia fitness. 




Wiem, że klub ma w ofercie także Spinning i Indoor Walking – współdzielą one salę, ale nigdy nie byłam wewnątrz.



Mijając recepcję wchodzimy i idąc w stronę lewą, znajdujemy się  w części, którą znam znacznie lepiej i zdecydowanie łatwiej mi ją zrecenzować.

czwartek, 22 grudnia 2016

Transformers czyli maszyny czy wolne ciężary?

Maszyny czy wolne ciężary? Spór to odwieczny i stary jak świat, jak owsianka czy jajka, jak Joey czy Chandler, jak Lidl czy Biedronka, jak cardio i interwały, jak morze czy góry… Generalnie chodzi o to, że i jeden i drugi ma swych zwolenników.

Wiadomo, że musiałam zamieścić takie właśnie zdjęcie ;)

Osobiście jestem zdania, że do dobrego treningu wystarczy sztanga i hantle (względnie zabawki w stylu kettli, piłek i gum) – w kwestii stabilizacji, koordynacji, wyczucia mięśniowego i realnego wzrostu siły. 100 kg wypychane na suwnicy robię bez problemu, 100 kg w przysiadzie, patrząc na tempo progresu, zrobię za jakieś 127 lat ;) (to moja achillesowa pięta, smuteczek :( ). Wolne ciężary pozwalają mi się znacznie lepiej skupić i dają o wiele większą satysfakcję. Pozwalają ćwiczyć bardziej funkcjonalnie, więc wypracowują wzorce ruchowe, które pomagają w normalnym życiu. Nie oznacza to jednak, że hejtuję maszyny, sama z niektórych czasem korzystam.



I właśnie dlatego, mimo bycia zwolenniczką ciężarów wolnych, przytoczę kilka przykładów, że maszyny mogą być dobre.