wtorek, 23 lipca 2013

Cellulit, najgorszy recydywista ever.

Gdy na ekrany kin swojego czasu weszła polska produkcja (filmem bym tego nie nazwała) „Jak się pozbyć cellulitu”, miałam szczerą nadzieję, że okaże się choć nieco pomocna – wszak cellulit to zmora i siła nieczysta stworzona przez Naturę ze zwykłej złośliwości – jakbyśmy nie miały dosyć problemów z robieniem kariery, pilnowaniem dzieci, odchudzaniem i innymi wyczerpującymi czynnościami. Produkcja oczywiście okazała się kupą, a chwytający panie ze serce tytuł nijak się ma do treści owej rzeczy.
Można oczywiście rozbić świnkę skarbonkę i pobiec do salonu kosmetycznego, w którym wejdziemy do kosmicznej maszyny, zmieniającej naszą pomarańczową skórkę w gwiezdny pył. Efekty ponoć są zaskakujące, aczkolwiek drobny druczek na ulotce informuje, że skuteczność potwierdzona jest na, powiedzmy 70%, więc niestety ryzykujemy, że pomimo wydania ciężko uciułanych peelenów/euro/funtów, znajdziemy się w gronie tych 30% nieszczęśliwców, których kosmiczne cuda się nie imają, a cellulit siedzi na tyłku i nic nie robi sobie z naszych prób jego wyplenienia.



Cellulit to wróg podstępny, w dodatku lojalny wobec właścicielki (uważam za wielką niesprawiedliwość, ze facetów się nie ima!) niczym Lassie, wróci choćby nie wiem co. Jak z nim walczyć?

Broń numer 1. Jedzenie.
Eliminujemy tłuste, smażone potrawy, minimalizujemy sól i kawę (osobiście nie jestem w stanie, ale ponoć się powinno), ograniczamy słodkości, WYWALAMY z jadłospisu fast-foody, alkohol. Jemy mniejsze porcje, za to częściej. Naszymi sprzymierzeńcami są owoce, warzywa, produkty bogate w potas i witaminy z grupy B (czyli np. suszone morele, migdały, banany, orzechy włoskie, kiełki, jajka, seler, pietruszka). Pijemy dużo wody i zielonej herbaty. Czyli robimy to, co pomaga nam w zachowaniu szczupłej sylwetki, okazuje się, ze tym samym walczymy z pomarańczową skórką.



Broń numer 2. Sport.
Ćwiczenia ujędrniające i rzeźbiące sylwetkę. Głównie te siłowe, wypady, przysiady, wymachy nóg, ćwiczenia z hantlami, brzuszki . Ponoć są najlepsze. Dobrze sprawdza się też joga i pilates.



Broń numer 3. Kosmetyki i masaże.
Tu oczywiście też można zaryzykować i zostawić  w drogerii połowę pensji. Osobiście uważam, że ich sekret i tak tkwi głównie w komplementarności z pozostałymi rodzajami antycellulitowej broni, oraz z systematyczności. Maźnięcie ud dwa razy w tygodniu nie wystarczy – warto uzbroić się w pokłady silnej woli, i choćby się paliło i waliło, smarować dwa razy dziennie, masując, uciskając i wałkując niechciane wybrzuszenia. Bardzo lubię balsamy termoaktywne, po ich aplikacji mam wrażenie, jakby cellulit się wręcz wypalał – takie wizualizacje są bardzo pomocne ;) Lubię te z firm Eveline i Dax Cosmetix. Nie polecam zaś Bielendy.



Warto, oprócz balsamów, stosować także peelingi raz na dwa-trzy dni. Można skorzystać z profesjonalnych kosmetyków, a można po wykorzystać fusy kawowe – działają cuda. Połączyć je trzeba z oblewaniem skóry naprzemiennie ciepłą i lodowatą wodą – te „przyjemności” działają bardzo ujędrniająco.  Masażyści polecają poza tym masowanie bańką chińską – nie mam doświadczenia w kwestii ich stosowania. Moja pani masażystka prezentowała mi krótko jej działanie i wyglądało niezbyt skomplikowanie, warto zatem spróbować. Uwaga – trochę boli.



Antycellulitowy desant powinien zawierać cały arsenał broni – wtedy okaże się skuteczny.
Spocznij!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz