czwartek, 16 kwietnia 2015

Ciało

"Do dominujących w kulturze popularnej dyskursów dotyczących ciała zalicza się także ideał szczupłego ciała. Szczupłe ciało jest wartościowane pozytywnie. To nie tylko ideał estetyczny, ale też symbol określonego stylu życia, prowadzącego do zdrowia i sukcesu społecznego, świadectwo niezależności i silnej woli. (...) Wymóg szczupłości adresowany jest przede wszystkim do kobiet."

Kilka miesięcy temu zawędrowałam do Dedalusa. Może i zrobię tu reklamę, ale jest to jedna z moich ulubionych księgarni. Można tam po niskich cenach dostać świetne pozycje, o wiele taniej niż w innych księgarniach. Tych parę miesięcy temu jednym z moich nabytków była książka Emmy Woolf "W sidłach anoreksji" (za całe 10 zł). Chyba wiele z osób, które zmagają się z odchudzaniem czy samoakceptacją otarło się o problemy z odżywianiem, w większym bądź mniejszym stopniu. Ja również, ale nie będzie to istotą tego wpisu - jest nią to, co w tytule. Ciało. 


Książka.
Napisana prostym przystępnym językiem. Opisuje historię walki Emmy - bardzo nierównej, bardzo trudnej. Po 10 latach (!) anoreksji autorka postanawia (nie po raz pierwszy) wyzdrowieć. Podoba mi się to, że w przeciwieństwie od wielu książek o tej chorobie, ta nie zaczyna się od obszernego opisu w jaki sposób autorka doprowadzała się do wyniszczenia z długą i dość żmudną psychoanalizą w finiszu. Tu aspekty analizy sytuacji i uczuć przenikają się, uzupełniają, dzięki czemu całość jest łatwiej przyswajana, bardzo spójna i przystępna.
Dlaczego więc przeczytanie tych 300 stron zajęło mi wiele tygodni?
Nie czytałam tego jednym ciągiem. Nie byłam w stanie- tego typu wynurzenia zawsze dają mi do myślenia, choć akurat anoreksja nigdy moim problemem nie była. Przerażały mnie fragmenty, w których Emma wspomina, że nie mogła brać kąpieli, ponieważ wanna była twarda, a jej kości ocierały się o nią boleśnie i zostawiały siniaki na skórze. Równie emocjonalnie podchodziłam do faktu, jak wiele z tej choroby toczy się w głowie. Jak wiele naszego postrzegania swojego ciała ma swój początek właśnie w naszych myślach...



Ciało.
Jakiś czas temu eN napisała mi wiadomość. Jeśli czytacie ją czasem to wiecie, że eN pisze doktorat, a w chwili obecnej para się właśnie tematyką ciała. "Wczoraj wyczytałam, że niewidomi nie mają zaburzeń odżywiania! To niby takie oczywiste, a jednak tak mnie zaskoczyło..."
Mnie również - ale patrząc na to logicznie... Nieważne, czy masz brzuch twardy jak skała czy masz tam miękką fałdkę. Gdy go dotykasz, jest po prostu częścią Twojego ciała. Ciała, które ma tak naprawdę bardziej funkcją użytkową, niż estetyczną. Jasne, jeśli jest naprawdę duży i wydęty, to możesz podejrzewać, że jest Cię trochę za dużo. Ale tak naprawdę nie czujesz fałdy, czujesz po prostu siebie. Nie widząc modelek, fitnessek, nie mając przed oczami swojego odbicia w lustrze i porównania z innymi ludźmi, z kreowanymi przez media ideałami, tak naprawdę nie wiesz, czy Twój wygląd bardzo od nich odbiega. Nie winisz więc swojego wyglądu za niepowodzenia, a w jego transformacji nie dopatrujesz źródła szczęścia, rozwiązania problemów. Bo podświadomie tak jest. Fakt - sport i dyscyplina kształtują charakter, ale nawet najpiękniejsza figura nie zapewni nam szczęścia. Nie wtedy, gdy nie lubimy siebie, gdy nie mamy obok siebie kochających osób, gdy nie zaczniemy widzieć szczęścia w prawdziwym życiu, a nie w nieistniejących ideałach.

Ale.
(bo zawsze jest jakieś ale, i ślepe podążanie za modą, trendami i fizycznością to jedno, ale warto spojrzeć na to z jeszcze innej perspektywy).

Odniosę się do źródeł książkowych, które podesłała mi eN. W obecnych czasach bardzo często ciało traktowane jest jak.. produkt. Produkt, któremu właściciel może przypisać dowolne cechy, zależnie od swojej woli. W ten sposób pokazuje, w jaki sposób chciałby być przez społeczeństwo odbierany, zaakcentować charakter, światopogląd. Patrząc na to w ten sposób, możemy naszym bickiem twardym jak skała akcentować swoją siłę - podobnie jak tatuaże czy piercing są symbolami tego, że w pewien sposób idzie się pod prąd.

"Warto zauważyć, że podjęcie decyzji o kształtowaniu ciała zgodnie z osobistymi upodobaniami odpowiada jednym z najbardziej cenionych wartości współczesnej kultury: wolności wyrazu i indywidualizmowi (...) Ciało traktowane jest jak towar, stylizowane zgodnie z modą i etapem w życiu, dopasowane do wyobrażeń o sobie i kształtowane, by nadać mu cechy, które chcemy by dostrzegli w nas inni (...). Możliwa staje się ingerencja w nie, zwiększa się także wielość dostępnych alternatyw i możliwości 'bycia sobą'. "

[Tu mała autodygresja - moje kolczyki i tatuaże mają dla mnie bardzo symboliczne znaczenie; robione zazwyczaj w tych przełomowych momentach, kiedy udawało mi się przetrwać trudną sytuację. Tatuaże podobają mi się jako sztuka sama w sobie, ale nie chciałabym na ciele malunków pozbawionych znaczenia. Moje tatuaże są przesłaniem, które przypomina mi, że jestem silna. Że jestem jak trawa i podniosę się nawet wtedy, gdy przejedzie po mnie ciężarówka...]

Na to, w jaki sposób chcemy kreować nasze ciało, bardzo duży wpływ mają media. W ciekawy sposób przedstawiono pojęcie piękna, które powstaje w naszych umysłach. Według publikacji, kobieta patrzy na siebie "męskim okiem"i ocenia swoją urodę w kontekście tego, czy jest atrakcyjna dla płci przeciwnej (choć pewnie feministki temu zaprzeczą :) ). Z kolei urodę mężczyzny kontempluje się z kulturystycznego punktu widzenia - piękny mężczyzna to taki, który jest sprawny fizycznie, silny i muskularny. Nie musi być ogromny i napompowany, ale jeśli jego wygląd odzwierciedla siłę - uznawany jest za atrakcyjnego. Jednak na skutek feminizacji kultury i coraz częściej przenikających się ról damskich i męskich, również od mężczyzn oczekuje się pielęgnacji większej dbałości o urodę. Jeśli kobieta może wskoczyć w spodnie i kierować ciężarówką, to mężczyzna może posmarować twarz kremem i zrobić peeling. Easy. Nie sposób pominąć również tego, jak mocno na nasze dbanie o siebie mają wpływ "gwiazdy" i celebryci. Dzięki środkom masowego przekazu są nam coraz bliżsi, stają się niemalże naszymi znajomymi z podwórka. A skoro znajomy z podwórka może być piękny, szczupły i idealny, to czemu nie ja? Bardzo często dążenie do tego, by wyglądać jak gwiazda wiąże się z podświadomym pragnieniem gwiazdorskiego życia - niekoniecznie w błysku fleszy, ale z pewną dozą beztroski i wysokim statusem społecznym. Być może podświadomie sądzimy, że gdy nasze ciało będzie bardziej idealne, również nasze życie takie się stanie. Świadczą o tym także popularne "makeover reality shows". Ciało traktowane jest tu priorytetowo a przekaz jest jasny: jeśli jesteś brzydka i zaniedbana, Twoje życie będzie złe i smutne. Jednak jeśli schudniesz parę kilo, wstawisz sobie implanty piersi, wybielisz zęby i wszczepisz sztuczne włosy, Twoje życie się odmieni. Staniesz się pewna siebie, znajdziesz pracę, mąż od nowa się w Tobie zakocha a po ogródku zaczną hasać kucyki pony.



Warto jednak wziąć pod uwagę rzecz bardzo istotną - prawdy głoszone przez takie programy nie mają przełożenia na rzeczywistość. To, co ukształtuje moje ciało i poniekąd da mi satysfakcję, nie sprawi, że gdy już skończę pozbywać się tkanki tłuszczowej, nagle poczuję, że moje życie jest na właściwym miejscu. Wciąż będę mieć różne problemy, związane z pracą, relacjami międzyludzkimi, wciąż będą zdarzały się dni z "Depresyjną piosenką o niczym" w tle. Płaski brzuch tego nie zmieni, podobnie jak i fałda tu i ówdzie nie sprawia, że lepiej wypełniam swoje obowiązki. Nie sprawi, że facet się mną zainteresuje lub nie (a jeśli skreśli mnie za fałdę, to naprawdę nie jest wart tego, by zajmować miejsce w mojej codzienności). Bo ciało służy nam do tego, byśmy mogli tu trwać. Żyć. Jego hartowanie i kształtowanie, choć tak satysfakcjonujące, nie powinno być celem samym w sobie - chyba, że jest to Wasz zawód.

Ostatnio na fp przytaczałam cytat Bruca Lee - "3/4 życia spędziłem na siłowni. Resztę zmarnowałem". Spodobał mi się, ale nawet dla mnie, osoby, która najbardziej ożywia się gadając o treningach, ćwiczeniach i siłce, są to słowa, które traktować należy z przymrużeniem oka. Życie zaczyna się po wyjściu ze strefy komfortu. A dla gym-freaków siłownia taką strefą poniekąd jest.
Kiedy ostatnio Twoje pięknie wymodelowane pośladki siedziały na fotelu w teatrze? Jak wiele czasu poświęcasz swoim bliskim? Czy zdajesz sobie sprawę z faktu, że chociaż wspierają Cię i kibicują Ci w walce o lepszą wersję siebie, dla nich najważniejsze jest Twoje szczęście?

Zakończę wierszykiem z przystankowego muru - przeczytanego wiele lat temu, ale chyba wiecznie aktualnego.

Życie to nie bajka, każdy to wie. Bajkę można powtórzyć, życie - nie...
Carpe Diem...




Cytaty pochodzą z książki Agnieszki Maj "Polskie wzory cielesności. Przemiany stosunku do ciała w kulturze ponowoczesnej".  

8 komentarzy:

  1. Dzięki. Takie teksty są potrzebne, bo może za którymś razem dotrze. U mnie świta już coś na kształt "nie muszę być idealna". Przyjemny stan.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda? :)
      A jaki przyjemny musi być, gdyby świtanie zmieniło się w pewność... Czego Tobie i sobie życzę.

      Usuń
  2. Mnie osobiście coraz bardziej przerażają osoby, które tworzą takie motywacje lub namawiają na trening niemal codziennie. To trafia do wielu osób, a część niestety traktuje takie "rady" zbyt poważnie.

    Smutne dla mnie też jest, że osoby o normalnej wadze (bez umięśnionego ciała) są ostatnio nazywane grubymi, leniwymi. Nie każdy marzy o fit ciele, nie dla każdego fajne jest bycie slim. Niektórzy chcą mieć kobiece kształty i nieco tłuszczyku!

    Moim zdaniem my kobiety cały czas za wiele czasu poświęcamy na martwienie się tym jak wyglądamy, co byśmy chciały w sobie zmienić, a za mało czasu poświęcamy na rozwój osobisty i duchowy (broń boże nie myślę tu o zaniedbywaniu się).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Doskonale wiem, co masz na myśli i w pełni się z tym zgadzam. Każdy ma swój ideał piękna, a niestety, podobnie jak w dobie anorektycznie chudch modelek rozmiar 38 był już plus size, tak teraz w dobie fit, każdy ćwiczący bez sześciopaka traktowany jest trochę jak oszust.
      A przecież każdy ma inne cele i priorytety. Dla jednego będzie to kostka na brzuchu a dla innego kobiece kształty i umiejętność stania na rękach. Wspólnym mianownikiem jest tu ciało, u każdego wszak inne.
      I też uważam, że rozwój duchowy i osobisty jest zaniedbywany, a przecież bez niego nawet osoba o najpiękniejszym ciele nieco traci...

      Usuń
  3. Naprawdę dobry tekst! I jaki pożyteczny!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :)
      Traktuję go bardzo osobiście, więc komplement w tym kierunku sporo znaczy.

      Usuń
  4. Uwielbiam takie książki, dają dużo do myślenia :)
    Pozdrawiam :)
    http://fit-healthylife.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też! A nawet nie zdawałam sobie sprawy, że tyle ich na ten temat jest...
      Pozdrawiam również :)

      Usuń