Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żywienie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Żywienie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 24 września 2016

Jak wytresować smoka?

Każdy wie, że obowiązkowym elementem treningu jest rozgrzewka, najlepiej z wplecionym mobility. Podobnie jest z pisaniem – jeśli od kilku miesięcy piszesz głównie zawodowo, w określonej formie, trochę powtarzalnej, dość sztywnej treści, to ponowne uruchomienie edytora tekstowego, by ponownie stworzyć coś „swojego”, jest trochę jak pierwszy trening po bardzo długiej kontuzji. Nie zaczynasz od razu na pełnej <widomoczym> ;)  Rozgrzewasz się, przymierzasz do poszczególnych ćwiczeń, sprawdzasz ciężary, które są ułamkiem tego, co targałeś wcześniej, a i tak następnego dnia czekają Cię domsy tysiąclecia. Mam nadzieję, że w tym wypadku domsów nie będzie. W ramach przedtreningówki serwuję sobie zatem dawkę kofeiny a pierwszy post po tak długiej przerwie będzie właśnie rozgrzewką, przymierzaniem do ciężarów i przyzwyczajeniem się do słowa pisanego. 



Panie i panowie (bajdełej, dziękuję za wszystkie głosy za tym, bym wróciła do „swojego” pisania – to naprawdę super wiedzieć, że są ludzie czytający mnie z przyjemnością :) ), dziś temat wcale nie taki łatwy, bynajmniej nie lekki, dotyczący rządzących światem i youtubem kreaturami. Tak. Dziś dowiemy się, jak odchudzić kota*.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Not DIET but LIFESTYLE. Powrót Amelki i Fit Świruski.

Niedziela
Nazywam się Amelka i kojarzycie mnie już pewnie z wcześniejszych postów bloga. Jestem zwyczajną dziewczyną z sąsiedztwa, nie mam przesadnie umięśnionego ciała, żyję sobie w dużym mieście z dużym kotem u boku. Moje życie jest jak Wasze – tu zakupy w Biedrze, tam rwanie pomidorów, czasami jakaś rozrywka w postaci kina czy namiętnego śledzenia Pudelka i innych twórczych stron.



Odkąd pamiętam, mam coś do zarzucenia swojemu ciału. I odkąd pamiętam, wszyscy mówili, że żeby schudnąć trzeba mało jeść, dużo ćwiczyć i wtedy są efekty. Oczywiście, zasłuchana jestem strasznie, bo przecież muszę schudnąć, by pięknie wyglądać nago jeszcze zanim odnajdzie mnie brytyjski azjata i wsadzi przed lustro, każąc przed kamerami spowiadać się ze swoich niedoskonałości. Ćwiczyć nawet lubię, chodzę sobie na zumbę i mam jednokilowe ciężarki. Najcięższe dopiero przede mną – dieta. Okropne słowo, na samą myśl chce mi się jeść. Tak. W sumie, skoro od jutra będę na diecie, to dzisiaj jeszcze mogę sobie pozwolić, co nie? Najlepiej jak najwięcej, zjem sobie to spaghetti a na deser trochę białego, pachnącego chlebka z nutellą. Tak ze trzy kromki. I zjem winogrona, żeby nie było całkiem niezdrowo. I napiję się soku pomarańczowego, w reklamie mówili, że to samo zdrowie i witaminy. A muszę mieć witaminy, co nie? Wszak na tej diecie pewnie trochę mi skóra zszarzeje i w ogóle zmarnieję, więc witaminy to podstawa. Tak. Od jutra zaczynam.

Poniedziałek
Dieta nazywa się kopenhaska.
Zważyłam się, zmierzyłam, zawiesiłam zdjęcie Anji Rubik nad lodówką i oto nadchodzę, bojowo nastawiona! Na śniadanie mam kawę z łyżeczką cukru. BożęJaCięNieMogę, jak ja nienawidzę diet! No ale Amelka, sama chciałaś, a żeby pozbyć się sadła, trzeba cierpieć. Byle do obiadu. Na obiad mam jajko i szklankę szpinaku. SZPINAKU, fuj! Żeby to jeszcze możn było z żółtym serkiem, mmm.. mmm... a może od jutra zacznę, dzisiaj jeszcze jem ten ser, bo to z głodu zdechnąć można. I makaron. Dobra, od jutra zacznę.

poniedziałek, 6 stycznia 2014

Z archiwum X. Zapytaj Izoldy.

Od razu mówię, że ten post nie jest pierwszej świeżości, poleżał już swoje w folderze na kompie i zapomniałam o nim na śmierć. Powstał przy okazji wizytowania Górnego Śląska, gdy czekając na moje wiedźmy, siedziałam w McDonalds'ie (hahahaha! tak! Nad czarną kawą, ale czułam się jak szpieg w krainie dreszczowców, bo od zapachów faktycznie miałam dreszcze i to wcale nie przyjemne). Zaczepiona zostałam wtedy przez dwóch żuli i jednego młodziana - mieszkańcy Katowic to bardzo kontaktowi ludzie :)

niedziela, 22 grudnia 2013

Ho ho ho! Merry Christmas! :) [Poradnik świąteczny]

Święta to taki magiczny czas... ;)

We wszystkich zagranicznych filmach i serialach widać feerię światełek i świątecznych imprez, które Bridget Jones z pewnych względów źle wspomina ;) W naszych polskich odpowiednikach widać łamanie opłatkiem u Lubiczów, świąteczne awantury gdzieś na Wspólnej i Maćka Stuhra (<3) celującego śnieżką w twarz Romy Gąsiorowskiej. Szklana pogoda rozbłyskuje w rytm filmu o chłopcu, który na święta został sam w domu, a o północy w Wigilię co drugi Polak ma dość świąt, rodziny i szuka pocieszenia w jedzeniu.

Wizja to niezbyt optymistyczna, ale prawdziwa... Co zrobić, by święta przetrwać, polubić i nie wtoczyć w siebie dodatkowych milionów kalorii?

Świąteczny Obrazek


1). Przygotuj się psychicznie. Od czasu do czasu trzeba jednak znieść irytującego wujka, dopytującego, dlaczego wciąż nie masz chłopaka, ciocię, która po którymś głębszym wyznaje, że jesteś dla niej jak drugie dziecko, a to, że rozmawia z Tobą raz do roku to wina Tuska, oraz wszystkie inne okoliczności przyrody. To jak ból po wyrwaniu zęba, jest intensywny, ale na szczęście krótki, i po paru dniach można wrócić do swoich zajęć i beztroskiego uwielbienia dla spędzanego na siłowni życia singla ;)

środa, 6 listopada 2013

Luz Maria czyli telenowela o Indeksie Glikemicznym, odcinek 86373

O indeksie glikemicznym już wspominałam i wspominać będę niejednokrotnie, bo temat jest znacznie głębszy niż umysł konia Joli Rutowicz, ba (że o samej Joli nie wspomnę). Tak w ogóle, to nie było ostatnio o celebrytach poza smrodem Brada P., prawda?
Szybki przegląd właściwej prasy (no dobra, nie oszukujmy się, pudelka) pozwala stwierdzić, że świat żyje haloweenowymi przebierankami na hollywoodzkich party (furorę robi Paris Hilton, której wywalając język udało się przebrać za Miley Cyrus, ulubienicę wszystkich mam – każda marzy, by jej córka poszła w ślady liżącej młotek pannicy), oraz procesem pociążowego chudnięcia dwóch pań – księżnej Kate (która w zaskakującym tempie odzyskuje swoje chudziutkie kształty) i Kim Kardashian (której chudziutkie kształty raczej nie grożą). Słowem – nuda. Muszę sobie teraz kupić jakiegoś Focusa, żeby wywalić z głowy ten chłam.

wtorek, 24 września 2013

Foodporn. Tarta razowa.

Ostatnio postanowiłam zaszaleć kulinarnie i stworzyłam tartę razową. Nie była moją pierwszą - wcześniej robiłam już jedną na słodko, tym razem miało być jednak bardziej obiadowo.

Ciasto.Bierzemy 2 szklanki mąki pełnoziarnistej żytniej, wodę, szczyptę soli, jajko i trochę masła (w przepisie było tego 11 łyżek, ja dałam półtora a też wyszło :P ) mieszamy, ucieramy, wyrabiamy kulę ciasta i wkładamy na godzinkę do lodówki. Po upływie tego czasu wkładamy tartę do piekarnika (200 st) na 20 minut.

W międzyczasie szykujemy składniki.
Pół bakłażana (doprawiamy, u mnie był czosnek, odrobina soli i papryka), 20 cm pora, 1 kulka mozzarelli light, dwie figi i pomidor. Można też użyć przecieru pomidorowego, żeby posmarować ciasto przed położeniem składników, ale u mnie obyło się bez tego.


poniedziałek, 23 września 2013

Lord of the Rings czyli na czym polega metabolizm.

Chciałam Wam napisać mądry artykuł na temat metabolizmu, ale im bardziej wgłębiam się w temat, tym głupsza się czuję. Będzie więc po mojemu - prosty przekaz, który pozostawi Wam w psychice niemal tak wielkie dziury, jak "Miłość na bogato". Nie oglądałam ani odcinka, ale śledzę fanpejdża "Filozofia z Miłość na Bogato", więc chodź, pokażę Tobie, że wiem o co cho.

Z grubsza metabolizm to takie reakcje chemiczne, które zachodzą w komórkach i pozwalają im na wzrost, rozpad, zarządzanie strukturą i odpowiedzi na bodźce z zewnątrz. Małymi zarządcami procesów metabolicznych są enzymy, które niczym przemytnicy meksykańskich emigrantów, dorabiają substratom blond włoski i rosyjskie paszporty, przerabiają je w metabolity, a to wszystko odbywa się na tajemnym trakcie zwanym szlakiem metabolicznym. Enzymy nie tylko umożliwiają przeprowadzenie niektórych reakcji poprzez łączenie jednych reakcji z drugimi, a ponadto często przyspieszają ich przebieg.
Szlaki metaboliczne mogą przebiegać dwojako:

wtorek, 6 sierpnia 2013

IG czyli Izolda Gawędzi

Gdy pierwszy raz usłyszałam „indeks glikemiczny”, pomyślałam, że to jakieś rififafa, wymyślili sobie jakieś utrudnienie by zatruwać ludziom życie. Niestety, im bardziej zgłębiałam się w temat, tym bardziej byłam przekonana, że rififfafa to ogromne fooopaaaaa  z mojej strony, a dowody naukowe niezbicie świadczą, że coś w tym IG jest.
Indeks Glikemiczny to nic innego, niż wskaźnik zawartości cukrów w danym produkcie spożywczym. Liczba, którą przypisuje się do danego produktu oznacza procent, o jaki wzrośnie poziom glukozy w naszej krwi, po zjedzeniu 50 gram danego posiłku (ja do tej pory nadążam, Wy też powinniście, hocki klocki zaczną się później). (O teraz :P ). Jeśli dany produkt ma IG równe  90 tzn., że po spożyciu 50 gram danego produktu, poziom glukozy wzrośnie o 90 procent w stosunku do tego jak po spożyciu 50 gram czystej glukozy. Pomijając cały proces tłumaczenia, co dzieje się w międzyczasie - suma sumarum zbyt wysokie stężenie cukru we krwi powoduje duży wyrzut insuliny, która spowalnia proces spalania tłuszczu i sprzyja magazynowaniu go w komórkach ciała. Ponadto produkty o wysokim IG zaostrzają apetyt, więc jemy częściej i tyjemy. Niski indeks glikemiczny z kolei powoduje mały wyrzut insuliny, w związku z czym dłużej jesteśmy syci, a jedzenie trawimy powoli i dokładnie.
Produkty spożywcze możemy podzielić na te, o wysokim IG (powyżej 75), IG średnim (50-75) oraz niskim (poniżej 50). Wpływ wysokiego IG neutralizuje błonnik (który spowalnia wchłanianie cukrów do krwioobiegu), ponoć dobrze wysokoindeksowe potrawy łączyć też z białkiem.

wtorek, 23 lipca 2013

Cellulit, najgorszy recydywista ever.

Gdy na ekrany kin swojego czasu weszła polska produkcja (filmem bym tego nie nazwała) „Jak się pozbyć cellulitu”, miałam szczerą nadzieję, że okaże się choć nieco pomocna – wszak cellulit to zmora i siła nieczysta stworzona przez Naturę ze zwykłej złośliwości – jakbyśmy nie miały dosyć problemów z robieniem kariery, pilnowaniem dzieci, odchudzaniem i innymi wyczerpującymi czynnościami. Produkcja oczywiście okazała się kupą, a chwytający panie ze serce tytuł nijak się ma do treści owej rzeczy.
Można oczywiście rozbić świnkę skarbonkę i pobiec do salonu kosmetycznego, w którym wejdziemy do kosmicznej maszyny, zmieniającej naszą pomarańczową skórkę w gwiezdny pył. Efekty ponoć są zaskakujące, aczkolwiek drobny druczek na ulotce informuje, że skuteczność potwierdzona jest na, powiedzmy 70%, więc niestety ryzykujemy, że pomimo wydania ciężko uciułanych peelenów/euro/funtów, znajdziemy się w gronie tych 30% nieszczęśliwców, których kosmiczne cuda się nie imają, a cellulit siedzi na tyłku i nic nie robi sobie z naszych prób jego wyplenienia.

czwartek, 18 lipca 2013

Down Size Me

Kiedyś na TVN Style (to było w zamierzchłych czasach, kiedy jeszcze posiadałam kablówkę i TV służył do czegoś innego niż sporadyczne oglądanie filmów z komputera :) ) oglądałam program o odchudzaniu (szok prawda? :P ). Tak swoją drogą, mam kilka takich naj, np. "Extreme makeover - weight loss edition" i "Opertion Osmin" (jedną z moich ulubionych fantazji jest to, że na miesiąc wpadam w treningowe szpony tego psychopaty, mrrrau). I inną jest ten, o którym chcę wspomnieć, polska wersja tytułowa "Rozmiar w dół", angielską widać w nagłówku.


(Nie mogłam się oprzeć, zdjęcie z "Extreme makeover.." i Chris <3 ;) )

Pierwsza część programu zawsze wyglądała tak, że pokazywano osobę, mającą problemy ze zdrowym odżywianiem oraz aktywnością fizyczną (była np. pani, która żywiła się prawie tylko i wyłącznie Red Bullami oraz odgrzewanym w mikrofali jedzeniem... i to był problem nie tylko w kwestii zmiany jej nawyków - problem polegał też na takim ułożeniu zestawu ćwiczeń, żeby nie dostała od razu zawału).

środa, 10 lipca 2013

I feel the prettiest when I'm sweat!

Zaczynając trening jestem jak gwiazda filmowa - nieskalane lico, kolorowe ciuszki i świeży zapach antyperspirantu adidas. Cud miód i orzeszki. Kończąc trening wywołuję powszechne skojarzenia z jaskiniowcem, niestety, nie w wersji "za włosy i do jaskini". Jestem zlana potem, śmierdzę i.. czuję się bosko. Muchy też tak twierdzą :P To trochę sprzeczne z teorią, że kobieta czuje się najseksowniejsza w pończochach, szpilkach i małej czarnej ;) Ale żeby dobrze wyglądać w pończochach, szpilkach i małej czarnej, należy jednak przez jakiś czas powyglądać brzydko...
Jeśli pod koniec treningu wyglądam nadal pięknie i świeżo (hmm.. nie pamiętam kiedy tak ostatnio było ;) ), to znaczy, że ćwiczyłam za słabo. Lubie czuć płonące mięśnie, drżące uda (tak, to uczucie jest miłe w różnych okolicznościach przyrody) i ze świadomością, że robię coś dobrego dla swojego ciała.

Przejdę do rzeczy.
Wiele osób zarzuca blogerom fitnessowym, że są puści, próżni i przykładają nadmierną wagę do ciała, które przecież jest tylko opakowaniem. Oczywiście, nie zgadzam się!

wtorek, 18 czerwca 2013

Elementy w skali makro, czyli o znajdowaniu wartości odżywczych część 1

Zdrowa dieta, składniki odżywcze, witaminki dla chłopczyka i dziewczynki, lalala.  
Krótka piłka – co, jak, dlaczego i gdzie? Mała pigułka – część 1 – MAKROELEMENTY J

POTAS
Zalecana dzienna dawka: 4,6 gram
Korzyści: Wspomaga krążenie oraz funkcje mięśni i nerwów, korzystnie działa też na płodność, pomaga w syntezie białek i bilansie wodnym organizmu. Pomaga też dostarczać tlen do mózgu oraz usuwać z organizmu zbędne produkty przemiany materii.
Niedobór: osłabienie mięśni, zatrzymywanie wody w organizmie, zmęczenie, senność, zawroty głowy.
Najbogatsze źródła (mg/100 gram): suszone morele (1650), migdały (780), orzechy włoskie (480), ziemniaki(450), banany (400), musli (400).

niedziela, 16 czerwca 2013

Healthy vs. Skinny

A teraz tak, wyjaśnijmy sobie raz na zawsze.
Tu nie chodzi o to, żeby koniecznie być chudym i wpasować się w sylwetkowy trend lansowany przez głupie telewizyjne programy typu „Top Model” (tak, moim zdaniem poziom tego programu jest żenujący, nie wnosi nic konstruktywnego,  a przesłanie jakie niesie to primo – rozmiar 38 to Plus Size u dziewcząt mierzących ponad 180 cm wzrostu (wtf?!), oraz że nieważne, czy masz cos w głowie, jak potrafisz schudnąć 10 kilo dla publiczności i przekonująco robisz duck face, to możesz w zasadzie wszystko. Koszmar…). Wszelkim pro-anom też mówię stanowcze nie.
TO nie jest apetyczne:

sobota, 15 czerwca 2013

;)

Myślę, że obrazek mówi wszystko... ;) Choć osobiście uważam, że weekend to najlepszy czas na cheat meal'e :)

środa, 12 czerwca 2013

Wspomagacze

Miałam dziś napisać o czymś zupełnie innym, ale przeczytałam i obejrzałam materiał na stronie TVN24, który sam nasunął mi temat...
Często w pogoni za idealną figurą sięgamy po różnego rodzaju specyfiki, które mają nam pomóc w uzyskaniu idealnej figury. Nie mówię tu o odżywkach białkowych, L-karnitynie czy kreatynie, które są zapewne włączone do diety każdego kulturysty bądź rzeźbiącej mięśnie fitnesski. Chrom, białko i błonnik są moim zdaniem najodpowiedniejszymi i najbezpieczniejszymi "wspomagczami". I ocet jabłkowy, ale też rzadko i w małych ilościach. Trochę o suplementach pisałam tutaj, jednak należy pamiętać, że wszystkie one są uzupełnieniem odpowiedniego sposobu odżywiania, nie jego zastępstwem bądź dietą-cud, która bez wysiłku zmieni nasze ciała w cuda rodem z okładki Shape czy Men's Health.

Jeśli zaś chodzi o spalacze tłuszczu... No cóż. Moim zdaniem działanie mają bardziej psychologiczne, niż rzeczywiste, przynajmniej niektóre. Owszem, samej zdarzyło mi się sięgać po tego typu specyfiki. Pamiętam dokładnie dwa, pierwszym był "Therm Line", który działał tak, ze ciągle chciało mi się pić, więc podejrzewam, że efekt jego działania związany był głównie z wreszcie właściwym nawodnieniem organizmu. Drugim była Linea i tu efektu nie zauważyłam. Obydwa stosowałam przy okazji różnych "od jutra biorę sie za siebie", kiedy wprowadzałam jakieś tam diety. Nasz umysł to bardzo potężne narzędzie, takie tabletki to swoiste placebo, dzięki któremu sami wierząc w ich działanie nieco je wspomagamy... Ponoć istnieje też grupa innych wspomagaczy, znacznie bardziej profesjonalnych, stosowanych właśnie przez kulturystów. Nigdy ich nie próbowałam, więc nie będę się wypowiadać, czy warto.

Jeśli już musicie sięgać po specyfiki, kupujcie je w specjalnych sklepach z odżywkami sportowymi lub w aptekach. Nie sięgajcie po nie wraz z początkiem diety, jeśli już - wtedy, gdy wasz organizm przyzwyczaja się do spalania i chcecie go "podkręcić", choć tu również proponowałabym raczej urozmaicenie treningu niż sztuczne świństwa. Nie szukajcie na aukcjach internetowych, nie kupujcie "cudownego specyfiku prosto z Chin". 

poniedziałek, 10 czerwca 2013

Avocado

Ostatnio zakochałam się w AVOCADO - jest fantastycznym dodatkiem do kanapek i sałatek. Jest źródłem witaminy E, potasu, magnezu, witaminy C oraz witamin z grupy B: B2 i B6 (witaminy C i E zapobiegają nowotworom, potas z kolei chroni układ nerwowy a także zapobiega depresji i przemęczeniu - dobra rzecz przy obecnej pogodzie...). Ma sporo jednonasyconych kwasów tłuszczowych, które zwalczają zły cholesterol. Jest co prawda bardzo kaloryczne (ok. 160 kcal/100 gram, więc o 50% wiecej niż banany), więc nie należy z nim przesadzać, ale warto włączyć je do diety. Co więcej, ponoć pomaga zwalczyć oponkę! :)


W sałatkach dobrze komponuje się z sałatą, szpinakiem, roszponką, mozarellą, pestkami dyni i pomidorami :) W wersji light bez mozarelli, ale za to z łyżką lub dwiema jogurtu. Pycha!

niedziela, 9 czerwca 2013

Hells Kitchen!

Uwielbiam ćwiczyć. Uwielbiam ten stan, kiedy skamlę, że już nie mogę i robię kolejną serię w zestawie, kiedy pokonuję swoje własne granice - czuję się wtedy wolna, silna i resetuję wszystkie złe myśli.
Niestety, złą dietą można zmarnotrawić każdą ilość ćwiczeń - fakty są takie, że piękne ciało jest efektem w 70% odpowiedniej diety* i tylko w 30% z ćwiczeń. Owszem, są to elementy, które muszą się uzupełniać - sama dieta sprawi, że ciało będzie mało jędrne i wciąż zagrożone efektem jojo, zaś same ćwiczenia wpłyną korzystnie, owszem, jednak na 90% nie osiągniemy wymarzonego celu. Zaśmiecony złym jedzeniem organizm będzie je tak czy inaczej odkładał, ciało będzie opuchnięte, pełne toksyn, poziom energii również nie będzie właściwy.
Właściwe jedzenie, w wielkim skrócie, wyklucza oczywiście fast foody, nadmierne ilości słodyczy (od czasu do czasu człowiek musi, i może, ale niech ten czas to będzie tydzień, nie między śniadaniem a obiadem, obiadem i kolacją, kolacją i śniadaniem..). Ostawcie białe pieczywo i makarony na rzecz produktów pełnoziarnistych. Jedzcie świeże owoce, warzywa, chude mięso i również chudy nabiał. Nie róbcie sobie krzywdy frytkami, macdonaldsowymi burgerami, chipsami i słodkimi, gazowanymi napojami. Warto swój jadłospis oprzeć o piramidę żywienia (w jedynej słusznej, ulepszonej wersji :) ). Nie zapominamy o wodzie!

czwartek, 6 czerwca 2013

Co pić?

Jedną z pięciu podstawowych zasad, o których już wspominałam, jest picie dużej ilości wody dziennie. Po raz kolejny jednak powtórzę, że wypicie zbyt dużej ilości wody na raz może Wam z organizmu więcej wypłukać i wcale nie nawodni jak trzeba. Optymalna ilość to około 200 - 400 ml wody na godzinę. Chudniecie wtedy także od częstego biegania do toalety ;)



No dobra, woda - jako podstawa. A kiedy sięgać po napoje izotoniczne? Czym one w ogóle są?
Wyróżniamy trzy rodzaje płynów: izotoniczne (które mają taką samą gęstość cząsteczek jak płyny naszego organizmu), hipotoniczne (gęstość jest niższa) oraz hipertoniczne (jak łatwo się domyśleć, gęstość jest wyższa).
To, jaki napój powinniśmy wybrać zależy od intensywności treningu - przedstawię to na podstawie mojego ulubionego biegania.

środa, 5 czerwca 2013

Chude grubasy

Jak już zapewne wspominałam, BMI kłamie i jest jednym z najmniej miarodajnych wskaźników masy ciała. - według niego kulturysta jest otyły a galaretowate ciałko z oponą z przodu, o ile mieści się w jakiś granicach wagowych ustalonych za prawidłowe, jest w normie.
Błąd.
Każde z nas miało w życiu w swoim otoczeniu chudą szczapę o figurze modelki, która w życiu nie brała udziału w zajęciach sportowych (od tego się poci!), zajadała się hamburgerami, frytkami i czekoladą, które zapijała, rzecz jasna, słodkim sokiem lub colą i z radością obrzucała spojrzeniem pełnym triumfu koleżanki ślęczace nad pomidorem, wodą mineralną i spędzające długie godziny na siłowni.
O tak, wiele z nas wtedy dałoby wiele, by przez chwilę być nią i móc nawciskać się wszystkiego do granic możliwości bez najmniejszego wyrzutu sumienia.
I tu właśnie tkwi błąd, który chuda koleżanka pojmie dopiero wiele lat później.
Bo chuda koleżanka w rzeczywisości może mieć.. nadwagę. Nie w sensie dosłownym, ale jeśli policzymy jej stosunek tkanki tłuszczowej do mięśni, to wychodzi jakaś koszmarna liczba, nie wskazująca na nic dobrego.
Jak poznać "skinny fat"? To właśnie taki jedzący wszystko chudzielec, lub osoba obsesyjnie pilnująca by nie przekroczyć dziennie jakiejś mkroskopijnej ilosci kalorii - i w obu przypadkach są to rzeczy śmieciowe, pozbawione jakichkolwiek wartości odżywczych. Nie pija wody mineralnej. Nie uprawia sportu (lub robi tylko ćwiczenia cardio), mało sypia, pali, dużo imprezuje, Wystarczy ściagnąć z takiej osoby ubranie by zobaczyć, że jej skóra jest pozbawiona jędrności, ma skłonność do skórki pomarańczowej, szybko się męczy. Tłuszcz osadza się także na narządach wewnętrznych, powodując takie same zagrożenia, jak u osoby naprawdę otyłej.

poniedziałek, 3 czerwca 2013

Nic nie jem i nie chudnę! - czyli najczęściej popełniane błędy

Już na wstępie chcę zaznaczyć, że to jest temat bardzo rozległy i jego wątki będą się pojawiały w rożnych wpisach aż do znudzenia – lojalnie ostrzegam J
Błąd 1. Niejedzenie i diety cud.
Najgorszy wymysł cywilizacji. Wypróbowałam i wiem. Dieta kopenhaska na przykład, która polega głównie na nie-jedzeniu okropnie osłabia organizm i w 90% powoduje efekt jojo. Głodówki – jeśli już koniecznie chcecie, to jednodniowe i polegające na piciu wody i soków warzywnych i owocowych. Dlaczego głodzenie się jest błędem? Przecież od jedzenia utyłam!
Tak, to prawda, ale paradoksalnie, lekarstwem na to jest również jedzenie. W momencie drastycznego ograniczenia liczby kalorii nasz sprytny organizm przechodzi w tryb, który ja roboczo nazywam wojennym. Podczas wojny bowiem ludzie jedli często bardzo sporadycznie, wtedy, gdy udawało im się dotrzeć do jakiś zapasów. W takich momentach organizm wychodzi naprzeciw naszemu instynktowi przetrwania i zwalnia przemianę materii a każdy dostarczony posiłek w pewien sposób magazynuje, by mieć dostęp do jakiegoś źródła energii w chwili kryzysu. Dlatego głodząc się owszem, chudniemy, ale też spowalniamy metabolizm i sprawiamy, że możemy przytyć nawet jedząc 1200 kcal dziennie – a to i tak bardzo mała dawka. Żeby schudnąć trzeba jeść!