Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samoakceptacja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą samoakceptacja. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 stycznia 2014

Skinny love.

Swojego czasu wieszałam na lodówce zdjęcia Anji Rubik i Mirandy Kerr – motywacyjnie, jako ideał sylwetki do którego należy dążyć. I to wcale nie było tak dawno temu – maks dwa lata. Przez ten czas sporo się zmieniło – podejście do siebie, swojego ciała, umysłu. O dziwo, już wtedy sądziłam, że mam nastawienie pro-fit. Wyśmiałabym każdego, kto powiedziałby mi, że w przyszłości będę marzyć o sylwetce Jen Selter.


Niestety, pomimo panujących obiegowo opinii, że „strong is a new skinny” (ku uciesze wielu przedstawicieli płci brzydkiej, twierdzących, że facet nie pies, na kości nie leci ;) ), wiernych wyznawczyń wersji skinny jest nadal bardzo wiele. Chciałabym dziś przybliżyć trzy bardzo niezdrowe trendy, które mieszają w głowie zwłaszcza młodym dziewczynom – albo i tym starszym (i zauważyłam, że im większe zainteresowanie tematami modowymi, tym większe nasilenie pro-skinny).

Trend 1. Jak najniższy poziom tkanki tłuszczowej.
Dziewczęta obsesyjnie walczą o minimalny poziom tkanki tłuszczowej. Nie są w stanie zrozumieć, że kobiety naturalnie mają go trochę więcej – głównie za sprawą estrogenu, i że zejście poniżej 10% nie tylko jest szkodliwe, ale prawie niemożliwe. Tłuszczyk w kobiecym ciele jest potrzebny – to właśnie dzięki niemu mamy biust, biodra i wszystko, co nazywa się kobiecymi proporcjami. Zbyt niski poziom BF zaburza gospodarkę hormonalną, hamuje okres, zmniejsza płodność i zwiększa ryzyko osteoporozy. Panom zarówno zbicie tkanki tłuszczowej jak i przyrost mięśni ułatwiony jest z powodu wyższego poziomu testosteronu.

czwartek, 26 grudnia 2013

You're beautiful, no matter what they say.

Gdy wracam w rodzinne strony uwielbiam urządzać sobie takie małe powroty do przeszłości. Z nostalgią przerzucam stronice książek o Sarze z Avonlea, Kubusiu Puchatku czy mini-horrorach z serii książek o Ulicy Strachu. Czytam ich fragmenty i uśmiecham się pod nosem, wspominając, jak zawinięta w kołdrę, uzbrojona w kilka kubków herbaty, spędzałam długie godziny nad losami bohaterów i moimi własnymi marzeniami...
Wywołującymi emocje czytadłami są też moje pamiętniki - to coś, co młode dziewczęta piszą zamiast bloga ;) Nie służyło do użytku publicznego, dzięki czemu szczerze jak na spowiedzi zapisywałam każde słowo... Ze zdumieniem i wzruszeniem patrzę na daty typu 1996, 2000, 2003... gdzieś między stronice zatknięte są bilety z moich pierwszych koncertowych wypraw z 2006 roku, które mimo wszystko na zawsze pozostawią ciepły ślad i dużo dobrych emocji. Śmieję się w głos czytając o niektórych kłótniach z koleżankami, z ponurą zadumą obserwuję, jak niektóre rzeczy w otoczeniu nie zmieniły się ani trochę...