Jest kolejny poranek, kiedy zwlokłam się z łóżka tylko dlatego, że kot darł się niemiłosiernie i poczułam wzmożone pragnienie, by zdzielić go ścierką. Podobne pragnienie czułam wczoraj w metrze, gdy pani obok zawzięcie szturchała mnie ręką, zamaszyście stawiając cyferki na swoim sudoku. Na siłowni wolałam już rzucać hantlami - nie rozumiem, dlaczego ludzie tak dziwnie reagują, gdy wolę ćwiczyć w kąciku z moimi hantlami i sztangą, niż rzucać się na wszystkie maszyny o kolei.
Wypadłam z tematu, drogi pamiętniczku, bo miałam pisać o czymś innym.
O śniadaniu.
Moją pierwszą czynnością po przebudzeniu jest, oprócz kłótni z małą, jęczącą bestią, wypicie kilku łyków wody i doczołganie się do czajnika, by wstawić wodę na kawę. Tak, piję kawę. Wiem, że nie powinnam, ale ją lubię i nic na to nie poradzę.
Następnie przygotowuję sobie placek owsiany (czasem omlet szpinakowy - na zdjęciu), który zjadam natentychmiast.
[Boże, jak ciężko pisze się posty o poranku!]
