O babskich sprawach pisałam już nie raz (jeden z tekstów podlinkowany macie na dole). Oprócz typowego
zrzucania tego, co leży na mej babskiej wątrobie, ma to jeszcze jeden, bardzo szczytny cel
(choć to trochę mission impossible): pomoc mężczyznom w zrozumieniu płci
przeciwnej. I z tego co wiem, ma to jakieś przełożenie na rzeczywistość, bo po
tekście o PMSie, będąc w złym humorze byłam hojnie obdarowywana czekoladą przez
tych kolegów, którzy chcieli coś ze mną załatwić, ale bali się oberwać. Muszę to chyba
edytować, bo czekoladę jadam od święta i wolałabym kurze cycki, z drugiej strony, kto wie, ile
szczęśliwych choć bezwartościowych kalorii zapewniłam tym postem damskiej
populacji…
Dziś jest więc o tym, że my, kobiety, mamy gorzej. W sensie siłownianym.
Od razu pragnę
zaznaczyć, że tekst należy traktować z lekkim przymrużeniem oka - może i przedstawione
argumenty są prawdziwe, ale snu nam z powiek nie spędzają :)
