Ona.
I znów nadszedł ten dzień w miesiącu, kiedy to zbliżają się te kolejne dni w miesiącu a mnie denerwuje wszystko, począwszy (i skończywszy) od (na) mojego męża- idioty, który zamiast jak raz zachowywać się jak facet, chodzi na palcach, pyta „czego chcesz, kochanie?”, idiotycznie się uśmiecha i akurat jak chcę, żeby był obok, przytulił, powiedział że kocha, to go nie ma. O tak, wtedy akurat mu się przypomina, że miał coś do roboty w garażu, a jak mu pięć razy powtarzałam, że coś w aucie stuka, to nie słuchał. Kretyn, za co ja wyszłam..?
5 min później...
Kocham mojego misia, skarba najsłodszego, przyniósł mi czekoladę...
2 min później...
No kretyn jak nic. Jak mógł mi przynieść czekoladę, przecież wie, że się odchudzam bo jestem gruuuubaaaa ;( A może jest takim ukrytym feedersem i chce, żebym była wielka i ogromna jak szafa z nowego katalogu Ikei, żebym już się nie podobała nikomu poza nim?! A on się zapisał na siłownię... no dobra, ja go targam na tą siłownię, o się z lekka zapiera, ale skoro mnie karmi, to pewnie upatrzył tam sobie coś młodszego i ładniejszego i, o zgrozo, SZCZUPLEJSZEGO, i będzie chodził jej prężyć bicepsa, a ja będę trzymana w domu z narastającymi fałdami. O niedoczekanie jego!
30 min później...
Kocham mojego męża. 2 słowa, a ja już wiem, że naprawdę to mężczyzna mojego życia. Powiedział: „kochanie, schudłaś?”
30 sekund później...
Jestem gruuuuuubaaaa ;(