niedziela, 8 kwietnia 2018

Stres


Żyjemy w świecie stresującym, to nie ulega najmniejszej wątpliwości. Praca, uczelnia, relacje międzyludzkie.. Nawet trening, patrząc z fizjologicznego punktu widzenia, jest dla nas stresem. Tylko koty nas nie stresują, chyba, że ktoś akurat stoi vis-à-vis trochę zdenerwowanego tygrysa - wówczas raczej trudno o zimną krew i rozkoszne kizimizi. 
O wpływie stresu na nasz organizm będzie w dalszej części. Na początek - techniki relaksacyjne. Wypróbowałam na sobie, w fazie stresu, zdenerwowania i PMSa. Zaczynamy.


Medytacja (lub pseudomedytacja, bo ta prawdziwa to wyższa szkoła wtajemniczenia) z muzyką relaksacyjną w tle. Znacie ten klimat, pozycja kwiatu lotosu lub w wersji dla takich drewien jak ja - siad skrzyżny, świeczki, szemrzące strumyczki, generalnie Zen.
Fazy przejścia przez technikę relaksacyjną:
  • Jak super! To na pewno zadziała, będę taka Zen, taka spokojna i wszystko będzie ok. Wyłączę myślenie o wszystkich problemach. Czy zapłaciłam już rachunek za telefon? Jak nie to trochę niedobrze, na koncie zostało mi 8 zł. Co można kupić za 8 zł? Dobra, nie myśl o tym. Wyłącz się. Zen, zen… Nastawiłam budzik na jutro? Iza! ZEN! No dobra.
  • Ale nuda.
  • Jezu, jak mi niewygodnie. I tyłek boli.
  • K…wa, siku mi się chce od tych strumyczków i szlag mnie trafia przez to ptasie świergolenie.

Jak widać, ta technika u mnie  nie działa. Trochę za dużo we mnie niecierpliwości, a zakończenie takich zabiegów podsumowuje poniższy obrazek.



Muzyka. Ogólnie muzyka jest spoko, człowiek włącza sobie spokojne, wolne kawałki odpręża się… Gorzej, jak stres związany jest również np. z kryzysem w związku. Albo użalaniem się nad sobą, że jest się silną, niezależną kobietą. Słyszy się wtedy, jak Bryan Adams wszystko co robi, robi specjalnie dla niej, a Krzysiowi Zalewskiemu bez Natalii Przybysz wszystko jedno i czuje, jakby go było pół, no i wtedy grób mogiła. Przychodzą rzewne łzy, wizja samotnej starości, albo wielka złość, że ten podły drań woli Fifę od Ciebie. No wiadomo. Stres się pogłębia.
Lepiej by się tu sprawdził St Anger Metallici, ale mogę się nie znać. BTW, na tym kawałku genialnie wchodzą martwe ciągi.

Wizualizacje. Patrz punkt 1. W sumie to wizualizacja życia bez stresu sprawia, że trochę łapię depreszkę.

Trening. Pomaga zawsze, zwłaszcza ten na solidnych ciężarach lub ostry HIIT. Pomaga co prawda doraźnie, ale jednak. Nawet jeśli organizm dostaje bodźce stresowe, to jednak głowa się wycisza.



Seks. Jak wyżej, działa świetnie choć doraźnie. Również ten praktykowany w pojedynkę :P

Zapytana o ulubioną technikę relaksacyjną koleżanka wymieniła zakupy, ale ta forma odpada u mnie również. Tłumy w centrach handlowych mnie irytują, przemysł odzieżowy szyje rzeczy które najlepiej leżą na kobietach o głowę niższych ode mnie, w dodatku wszystko jest koszmarnie drogie. Kupowanie sałaty i ryżu w Biedrze odstresowujące niestety również nie jest :P

Podsumowując - zapewne część z tych cudów i wianków działa, nie mówię, że nie. Jednak gdy widzę, zwłaszcza w prasie kobiecej, genialne sposoby na odstresowanie, to czasem chce mi się zwyczajnie śmiać. Niestety, najlepszy okazuje się zawsze czas -  trudniejszy okres po prostu trzeba przetrwać, zacisnąć zęby i starać się nie analizować wszystkiego na każdą ze stron świata. Doraźnie pomagając sobie treningiem. I seksem. Chyba, że ten tez Was stresuje, wtedy nie.

Teraz przejdźmy do nieco poważniejszej części tego tekstu. Na własnym przykładzie wiem, jak bardzo stres potrafi zepsuć samopoczucie, zdrowie, jak utrudnia normalne funkcjonowanie. Nie wnikając w przyczyny, kilka miesięcy temu miałam takiego stresu kulminację. Efekt? Prawie nie spałam. Całe noce spędzałam przewracając się z boku na bok. Rzadko się uśmiechałam, narastające problemy siedziały mi w głowie bez przerwy. Na spotkaniu okazji moich urodzin nie byłam w stanie unieść kubka z kawą, bo rozlewałam ją przez trzęsące się ręce. To, jak reagował mój organizm stresowało mnie dodatkowo. Błędne koło…

Jak z tego wybrnęłam? Znalazło się kilka rozwiązań owych dręczących mnie problemów. Rozwiązań dość drastycznych, ale jednak pozwalających pozbierać się, odetchnąć, poukładać w głowie część rzeczy. To oczywiście wymagało sporo czasu i nie stało się z dnia na dzień. I nie zadziałało na zawsze, stresy pojawiają się również teraz, ale dzięki lepszemu „podłożu” jestem w stanie jakoś sobie z nimi radzić.

Stres w życiu codziennym dotyczy w dużej mierze pracy, i jest drugim najczęściej zgłaszanym problemem zdrowotnym z nią związanym w Europie. Stresującymi czynnikami jest groźba utraty pracy lub niemożność jej znalezienia, zła atmosfera, narastające deadliny czy mobbing. Stres w pracy rzutuje na całą resztę naszego życia, gdyż podminowani wyładowujemy się na rodzinie, partnerach, znajomych. Psujące się relacje rodzą kolejną falę stresu. Dołóżmy do tego kilka zbędnych kilogramów, kłopoty finansowe, zerwanie z chłopakiem czy dziewczyną, zawaloną sesję…
Stres nie tylko dezorganizuje nasze życie i bardzo, ale to bardzo obniża jego jakość. Prowadzi do poważnych nerwic, depresji i innych zaburzeń psychicznych. Wpływa na stan naszego organizmu - powoduje problemy z nadciśnieniem, układem sercowo-naczyniowym, a nawet pokarmowym. Upośledza nasz układ odpornościowy, przez co jesteśmy bardziej podatni na choroby i infekcje. Może przyspieszyć siwienie i łysienie. I nie na darmo nazywany jest cichym zabójcą

Jak sobie z nim poradzić…?

Oczywiście, wymienione wcześniej techniki relaksacyjne mogą pomóc i ja ich wcale nie neguję! Ponadto - suplementacja. Magnez, Ashwaganda, generalnie adaptogeny. I ziółka. Regeneracja, odprężenie, „wrzucenie na luz”. W skrajnych przypadkach nie wahajmy się też poszukać pomocy u specjalisty. Dajmy sobie czas, a przede wszystkim, postarajmy się zlikwidować jego przyczynę. Nawet, jeśli oznaczałoby to drastyczne, czasem bolesne rozwiązania.

Uwierzcie - warto.



Zobacz również:  Expectations VS Reality  |  Król ćwiczeń (i nie jest to przysiad)  |  Dlaczego kobiety powinny trenować górę?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz