Lubię weekendy. Większość z nich (nie każdy niestety) daje mi możliwość wyspania się (na tym polu wciąż nie potrafię dojść ze sobą do ładu i śpię o wiele za mało jak na regeneracyjne potrzeby organizmu), nadrobienia zaległości lekturowych, odwiedzenia rodziny, czyli wszystkiego tego, na co w tygodniu niekoniecznie mogę sobie pozwolić. Najczęściej to w weekend przypada dzień restu, co powiązane z możliwością wyspania się, daje szerokie spectrum regeneracyjnych możliwości.
Nie musi to być oczywiście czas spędzony obrzydliwie leniwie, bo nie do końca o to chodzi ;) O jednym z weekendów chciałam napisać już dawno, dawno temu, ale wciąż jakoś brakowało czasu. Był to jeden z pięknych dni w październiku, kiedy wraz z dwójką przyjaciół postanowiliśmy wybrać się w góry. Nasze pobliskie - Szklarska Poręba.
Muszę od razu zaznaczyć, że góry uwielbiam. Doceniam za piękno, majestat i potęgę. Nie jest istotne, czy to skaliste Tatry czy stare Karkonosze, góry mają swojego ducha, przed którym chyba każdy czuje respekt. Tego dnia pokonaliśmy około 22 km, co w obliczu wertepów z jakimi przyszło nam się zmierzyć (dowody poniżej), pozostawiło niektórym z nas zakwasy stulecia ;) (zdjęcia są autorstwa Kubusiów).

