Wrzucam z lekkim opóźnieniem.. ;)
Jest sobota, 18 dzień stycznia. Jednocześnie jest to dzień
pierwszego od kilkunastu dni restu, który miałam zamiar znów przesunąć – ale
obiecałam, że dam sobie odpocząć i nie rzucam słów na wiatr. Dni restu to w
życiu każdego fit-maniaka takie chwile, kiedy dopadają go egzystencjalne myśli,
bo dzień bez treningu to taki trochę smutny dzień bez celu. Człowiek wysypia
się porządnie, serwuje sobie wartościowe śniadanie, przy okazji przeglądając
piętrzącą się na kanapie prasę (scena niemal jak z życia hollywoodzkiej
gwiazdeczki), tęsknym spojrzeniem obrzuca stojącą w kącie torbę z rzeczami na
siłkę i z ciężkim sercem ładuje ją do szafy, żeby nie kusiła.
Serio, takie sceny np. z czekoladą nigdy nie mają miejsca.
Później ów człowiek, który w Waszych wyobrażeniach
nieprzypadkowo powinien przyjąć postać pięknej brunetki z długimi
nogami i jędrnym tyłkiem ( :P ), zagląda w różne miejsca w Internetach
zastanawiając się, jak spędzić ten dzień. Ostatecznie wyprawia się na
odwiedzanie okolicznych szmateksów, by w końcu zająć miejsce w Starbuniu i
pisać na ulubione tematy. Starbuń pełen jest innych zaopatrzonych w laptopy
ludzi- głównie płci męskiej, w hipsterskich ciuchach i z brodami, które w
Warszawie są wciąż trendy.
Człowiek sadowi się przy oknie i tęsknie obrzuca
spojrzeniem każdą osobę wchodzącą i wychodzącą z siłowni – bo zapomniałam
dodać, że oczywiście, wybrał kawiarnię przy siłce;) Jest to pewien kompromis, tak sądzę. Przy
okazji, rozglądając się po osobniczkach płci żeńskiej człowiek zauważa, że za
blogerkę modową nikt go nie weźmie – nie ma czapki z napisem SWAG, bluzy z
wizerunkiem zwierzątka, galaktycznych legginsów, ani nawet chłopca z grzywką
zaczesaną na bok. Co gorsza, nie jara się Beyonce, a z jego słuchawek dobiega
buńczuczne „Nie wierzę skur***om” wywrzaskiwane przez Roguca. Przejdźmy do
meritum.


