wtorek, 1 maja 2018

Masa: styczeń - kwiecień 2018 - podsumowanie


Jeśli jesteś kobietą, będącą połączeniem mezo i endomorficzki, masz przeszłość bogatą w diety kopenaskie, a słowo redukcja kojarzy Ci się z oczywistą codziennością, to zapewne dobrowolne wejście na masę wydaje Ci się dość abstrakcyjne.

Zdjęcie wykonane o ostatnim treningu na masie

Tak było i ze mną. Owszem, zdarzało mi się rosnąć (wszerz zwłaszcza :P ) i nazywać to masą, jednakże taka mas jak teraz zdarzyła mi się pierwszy raz. Nie będę Was męczyć przydługimi elaboratami, wypunktuję najważniejsze rzeczy.


Primo: Masa zaczyna się w głowie. 


Najważniejsze jest dla oczu niewidoczne. Czyli coś, co podkreślam cały czas - ten etap dał mi to, czego nie dała mi żadna, choćby nie wiem jak udana redukcja. Akceptację własnego ciała. Nie, żebym przestała widzieć jego mankamenty, skądże znowu! Dalej widzę. Ale widząc nie wpadam w czarną rozpacz, bo tkwi we mnie silne przeświadczenie, że: a) nie ma takiego bonusowego fatu, którego nie da się spalić, b) są rzeczy, których bez pomocy chirurga za nic nie uda mi się zmienić, więc po co się nimi zamartwiać? c) ciało jest ważne, estetyka jest ważna, fajny wygląd jest ważny, ale na pewno NIE najważniejszy. Więc jeśli się komuś moje mankamenty nie podobają - niech nie patrzy i ma problem z głowy. Osobiście wolę poświęcić energię na coś innego niż martwienie się rozstępami, które towarzyszą mi od 13 roku życia. Masa dała mi zupełnie nowe spojrzenie na siebie. Jestem silniejsza psychicznie, a to warte jest każdego kilograma.

Secundo: Trening. 


Przez okres masowy nie odpuściłam ANI JEDNEGO treningu. Dałam z siebie pod tym względem 100% i nawet, jeśli miałam dzień bez mocy, to trening robiłam. Cardio - 10 do 20 minut po treningu siłowym. I co najważniejsze, to starałam się dość mocno, by uskuteczniać także aktywność pozatreningową. Zanotowałam znaczny wzrost siły - nie tylko w hip thrustach. Na przykład moje najsłabsze ćwiczenie, przysiady. Pod koniec grudnia serię kończyłam na marnych 32 kg i nie dawałam rady więcej. Na ostatnim treningu nóg na masie weszło 65 kg. To jest wciąż troszkę mniej niż moja masa ciała,  ale jestem szalenie dumna z wyniku.

Tertio: Dieta.

  1. Od razu mówię, pojęcie „za dużo jedzenia” dla mnie nie istnieje. Umiem zjeść dużo. Nie, że dużo jak na kobietę. Naprawdę dużo dużo.
  2. Na 95% czysta. Nawet w święta, choć jadłam rzeczy nieco inne niż zwykle, to jednak wciąż nie śmieciowe i wciąż wpisujące się w makro. Cheatów miałam kilka, z kumulacją na ostatnie dni, kiedy uświadomiłam sobie, ze cheaty na redukcji nie wchodzą w grę. W sumie, przez 4 pełne miesiące masy zgrzeszyłam: jednym dużym posiłkiem w Marche (składającym się z grillowanego mięsa, ryżu i warzyw, ale w ilości większej niż zawsze), jednym kit-katem, jednym małym czekoladowym jajkiem milki, dwoma kuleczkami czekoladowymi Lindor, paluszkami, kawałkiem torta z batatów oraz jednym McFlurry*. Koniec. Cała reszta to były rzeczy z rozpiski.
  3. Kalorie - wzrastały stopniowo z miesiąca na miesiąc. W ostatnich tygodniach było to około 2500 kcal w dni bez treningu i 3100 w dni treningowe. Co ciekawe, w ostatnie dwa tygodnie waga zmalała o około 1,5 kg… i tak, zaczynałam od wagi 62 kg, dotarłam do 68 by zakończyć na 66,6 (diabelny wynik :P ). Po wyglądzie ciała i tego, co czuję pod skórą śmiem stwierdzić, ze generalnie na początku musiała nastąpić rekompozycja. Fat też się oczywiście pojawił, jest co spalać. Efekt finalny zobaczymy po redukcji - wtedy okaże się, co tak naprawę udało się dobudować…
Zdjęcia  z całego okresu masowego zobaczyć można oczywiście na moim profilu na fb oraz na Instagramie - serdecznie zapraszam :)



*To, że zazwyczaj nie jadam słodyczy nie oznacza, że ich nie lubię. Raczej po prostu ich nie potrzebuję, więc nie jem zbyt często.

1 komentarz:

  1. Brawo! rzeczywiscie namówić kobietę na masę zazwyczaj jest bardzo ciężko! :)

    OdpowiedzUsuń