sobota, 25 kwietnia 2015

Fit Opowiastki

Cztery to dobra liczba. Jak cztery przyjaciółki w Seksie w Wielkim Mieście, czterej pancerni (nie trzeba mówić gdzie, ale był tam i pies), Quentin Tarrantino nakręcił swego czasu “Cztery pokoje”, były cztery różowe słonie z kokardką na ogonie no i nawet imię jego było Czterdzieści i CZTERY.
Bohaterek dzisiejszego wpisu będzie również tyle. Cztery typy kobiet, każda inna. Być może kiedyś zamieszczę tu psychotest, dzięki któremu dowiesz się, którą jesteś. Tak, Marian, Ty również.

Gosiaczek Prosiaczek
Gosiaczek chciała wierzyć, że jest bohaterką pozytywną. Ze kiedyś stanie się przebojowa, bogata a ludzie będą całować ziemię, po której stąpa. Tak to sobie przynajmniej wyobrażała, kiedy naburmuszona i zła zjadała kolejną eklerkę i 3Bita, zapijając kawą ze Starbunia z dodatkowym espresso. W końcu umówiona była dzisiaj na siłownię. Pierwszy raz w życiu. To znaczy kiedyś już tam była, setki razy, kręciła na orbitreku jak szalona, ale bez efektów. A przecież robiła jak trzeba! Kazali przecież po treningu jeść białko i węglowodany, no to zawsze miała ze sobą pitną słodobellę (bo jogurt to białko, co nie? ) i pączka. Na dzisiaj jednak umówiła się z trenerem. Chyba nie zapyta, co je, przecież on jest od ćwiczeń…?




Zapytał, nie tylko o dzisiaj, o inne dni także. Trochę pokoloryzowała, dodając do jadłospisu nieco warzyw, ucinając o jedną trzecią słodycze i wyznając wylewnie, że przecież jej ulubione danie to brokuły na parze z jogurtem (a fe!). Trener na te rewelacje popatrzył na Gosiaczka sceptycznie, tym bardziej, że opakowanie po batonie jakoś tak niefortunnie wypadło jej z torby. Potem kazał jej wejść na wagę, pomierzył, wyglądając przy tym bosko i doskonale, co wcale nie poprawiło Gosiaczkowi humoru. W dodatku wpisał na kartę jakieś kłamliwe liczby, pewnie ta maszyna jakaś lewa, to niemożliwe, żeby jej sylwetka miała w sobie tyle tłuszczu.
Ale to jeszcze nic! Powiedział, że pierwszy trening będzie lekki i funkcjonalny, że kilka treningów takich będzie, żeby przygotować ciało do późniejszych wysiłków. “Wysiłki” przyprawiły Gosiaczka o wypieki, ale “lekki” dodał otuchy.
O jak bardzo się pomyliła! Kazał jej robić wykroki z jakąś piłką, brzuszki na jakiejś innej piłce, no przecież to nie można jednocześnie robić brzuszka i uważać, żeby piłka się nie toczyła! Zrobiła dwa, dumna z siebie popatrzyła na trenerskie oblicze, ale on kazał nie przestawać. Ileż tego?! Potem okazał już całkowity brak zrozumienia dla delikatnej, kobiecej natury. Kazał jej robić pompki. Jej. Gosiaczkowi! Czy ona wygląda jak jakiś żołnierz?! Kobiety nie robią pompek! No ale nic, trener pokazał modyfikację,  zrobiła. Takie dziwne zupełnie, na kolanach. Szczerze mówiąc nie pamięta, co było dalej, przy jakiś linach zwisających z drążka, których miała się chwycić i podciągnąć robiąc przysiad, pomyślała, że to koniec. Jak nic zamieni się w Tarzana…

Maria Awaria i  Bacha
Stanowią przykład tego, jak bardzo zaprzyjaźnić mogą się osoby od siebie skrajnie różne. Bacha to siłowniany zwierz - na klatę bierze więcej, niż Maria waży, w martwym zawstydza niejednego faceta, od zawsze zdrowo je a jej ciało to po prostu wizualizacja przymiotnika “umięśniony”. Owszem, koleżanki mówią o niej czasem, że jest męska i przypakowana, ale Bacha traktuje to jako komplementy (czym owe koleżanki strasznie wkurza), bo ona chce taka właśnie być - duża, umięśniona, wręcz trochę męska. Nigdy nie żałowała, że jest jaka jest. Co innego Maria Awaria. Jeśli miałaby być czegoś definicją, to w grę wchodziłyby słowa “pech”, “Kłapouch” i “dżdżownica” - więc spróbujcie sobie wyobrazić taki okaz. Co więcej, przebywając dużo z Bachą, Maria nauczyła się lubić siebie, dzięki czemu nazywa swoją pechowość uroczym roztargnieniem (choć przyznaje, że te ciągłe przygody bywają męczące), bycie Kłapouszkiem uznała za indywidualizm, który jest przecież zawsze w cenie, a dżdżownica… no cóż. Przynajmniej je, co chce a brzuch jest wciąż płaski. Ich historia właściwie nie jest historią, jest jedynie przypomnieniem, by otaczać się fajnymi ludźmi, którzy nam tę fajność przekazują. By w tym, że Twoja przyjaciółka jest tak inna dopatrywać się źródła inspiracji. Bacha dzięki Marii łagodzi swą szorstkość. Maria wie dzięki Baśce, że w jej inności nie ma niczego złego. Bo tak właśnie jest. Znajdź swoją Baśkę i poczuj się fajnie.



Lola 
O Lola! Pamiętacie “Kosmiczny Mecz”? Lola to była królicza dziewczyna do której aspirował Królik Bugs. Nasza posiada podobną zdolność do przyspieszania tętna w niemal każdym męskim ciele. Piękna, ponętna, z figurą jak marzenie. Panowie wciągają przy niej brzuchy, panie pociągają za linki pił łańcuchowych (do znalezienia w podstawowym wyposażeniu każdej damskiej torebki). Posiadała tez obrzydliwie wspaniałą osobowość, która ułatwiała płci brzydkiej ją wielbić, zaś płci pięknej utrudniało zawistny hejt. Była pasjonatką jogi i pilatesu i te dwie formy ruchu w połączeniu z okazjonalnym rowerem i spacerami w zupełności jej do szczęścia wystarczały. Lola nie czuła się w obowiązku ulegać modzie na bycie fit, nie zaczęła nagle biegac, by zaimponować znajomym trasami na endomondo, nie zapragnęła nagle posiadać krągłych barków i brazylijskich pośladków. Jadła zdrowo ale był to wynik wyniesionych z domu nawyków, nie narzuconego na fejsie trendu. Miała kobiece kształty, które bardzo lubiła. Do czasu.


Na swej drodze spotkała bowiem Andrzeja. Jak to w życiu bywa, zakochali się w sobie od czwartego wejrzenia, jednak mimo całego powabu Loli, Andrzejowi coś nie pasowało. Do tej pory sferze emocjonalnej dryfował gdzieś na poziomie szóstoklasisty. Uczucia do Loli żywił silne ale on niestety był ofiarą trendów. Dlatego chciał być z Lolą, ale chciał też, by była tą laską, z którą można wrzucić fotę na insta dodając hasztag #fitcouple. Chciał by Lola podnosiła hantle i robiła przysiady. A że Lola, jak każda zakochana kobieta, zgłupiała doszczętnie, postanowiła życzenie lubego spełnić - dała się wcisnąć w neonowe wdzianka i trzy razy w tygodniu podnosiła ciężary, których nie znosiła. Radość Andrzeja była ogromna, followerów mu przybywało, bo od ciężarów magnetyzmu Loli nie ubyło. Był tylko jeden szkopuł - z dnia na dzień, tygodnia na tydzień, uśmiech Loli gasł coraz częściej. Szykowała lunchboxy, trzymała się rozpiski treningowej, ale wszystkiemu towarzyszył brak większego celu - spełniała marzenia Andrzeja, nie swoje. Paradoksalnie im bardziej jej ciało zbliżało się do wyglądu promowanej w fit świecie sylwetki bikiniary, tym mniej je lubiła. Zaczęła dopatrywać się w nim wad, które widział Andrzej, dopisując kolejne pozycje do listy rzeczy,które Lola musiała jeszcze dopracować. I kiedy pierwszy raz po nieplanowanym cheacie wylądowała nad toaletą z palcami w gardle poczuła, że coś tu jest bardzo nie tak…

***
Oczywiście historie te  mają swoje happyendy. Gosiaczek zmieniła się w piękną Jane (nie w Tarzana) i obecnie naprawdę lubi brokuły na parze. Naparzać też lubi, bowiem trener postanowił ukierunkować jakoś drzemiące w Gosiaczku żale i złości i na treningach poszli w kierunku siły i sztuk walki, co okazało się szczęśliwym rozwiązaniem, bo Gosiaczek tłucze głupich bęcwałów na sparringach, a po nich jest już dla ludzi prawie miła.
Bacha i Maria Awaria żyją jak dotąd w pełni harmonii, wciąż się wzajemnie uzupełniając i wspierając. Tylko raz były na granicy złamania przyjaźni, kiedy to na siłowni spodobał im się ten sam trener i dziko rywalizowały o jego względy i uznanie - Bacha dokładając na sztangi kolejne talerze, Awaria wyginając kusząco swe dżdżownicowate ciało w różnych pozycjach rozciągających (i tylko raz zwalając sobie przy tym z półki kettla na stopę). Kiedy już, już miały wyrazić werbalnie swą zaciekłość i zwyczajnie się pokłócić, stanęły oko w oko z trenerem, odbieranym z pracy przez chłopaka. Od tej pory była już między nimi taka sielanka, że nawet kucyki pony pytały “Why so sweet?”.
No i Lola. Po epizodzie z bulimią w tle odeszła od Andrzeja. Uczucie, które było na początku zagubiło się gdzieś kompletnie, zamiast tego przyszła frustracja i poczucie bycia gorszą osobą. Dużo czasu minęło, zanim udało jej się odnaleźć równowagę i znów zacząć być sobą. Zwiewną, eteryczną i uśmiechniętą sobą. Mimo rzeszy adoratorów pozostawała jednak w stanie niezależności, rozkoszując się na nowo nabytą radością życia. Jeszcze nie wiedziała, o czym powiem Wam w sekrecie, ze już za chwilę amor znów trafi strzałą w jej serce. Paradpoksalnie miłością jej życia zostanie zapalony kulturysta, jednak ten poza wszelka wątpliwoscią widział w Loli bezwzględny ideał i nie zmieniłby w niej nawet odrobinki - za co Lola będzie kochała go jeszcze bardziej i co ciekawe, sama kiedyś znów zawita w strefę wolnych ciężarów, czując się przy tym absolutnie szczęśliwa...

*Zdjęcia od arthlete, oczywiście.

9 komentarzy:

  1. Dobrze, że wszystko skończyło się happy endem :)
    Pozdrawiam :)
    http://fit-healthylife.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Lubię happy endy, nie mogło ich zatem zabraknąć :)
      Pozdrawiam :)

      Usuń
  2. Happy end to co najbardziej lubię w opowieściach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja również :) Podnoszą na duchu.

      Usuń
  3. Takich okazów jeszcze nie widziałam, ale czuć, że są prawdziwe :) fajnie się czytało, dzięki!

    OdpowiedzUsuń
  4. Ile osób tyle historii, ale przeglądając fora na których pisze się o dietach to włosy jeżą się na głowie. Pocztajcie o dietach - artykuły

    OdpowiedzUsuń