wtorek, 19 maja 2015

Fitness na dachu

Zorganizowane zajęcia fitness to nie mój konik - przynajmiej nie te, które wiążą się z dużą ilością skoplikowanej choeografii.  Najbardziej lubię być sam na sam ze sztangą i hantlami lub długą trasą biegową. Mogę później dokonać transformacji ze spoconego jaskiniowca w kobietę i czuć się jak milion dolarów. Nawet w wiszących, podartych portkach :P


Sport to dla mnie sposób  na wyciszenie szalejących emocji i poukładanie wszystkiego we właściwe szufladki, być może dlatego wolę przełamywanie granic w swoim własnym towarzystwie.

Kiedy jednak Ewelonora napisała do mnie w sprawie wzięcia udziału w evencie fitnessów na dachu, stwierdziłam - oczywiście! Z lekką zwłoką, ale nabyłam w sklepie KFD syrop pankejowy Walden Farms (jak dotąd - najlepsza rzecz tej firmy, jakiej próbowałam) a dzięki paragonowi dostałam opaskę upoważniającą mnie do wstępu na to wydarzenie.



Na wstępie ustaliłyśmy z Ewelonorą, że odpuszczamy zumbę. Ta akurat forma aktywności, jeśli nie zawiera w sobie Beto Pereza lub Asi Wesołowskiej, nie budzi we mnie większych emocji. O ile Beto wszyscy wielbiciele Zumby chyba znają, o tyle Asię kojarzą głównie warszawscy zumbowicze - ja miałam przyjemność pobujać biodrami na jej zajęciach za czasów, gdy razem z eN nabyłyśmy grupona do ZdroFitu i mimo całej naszej kanciastości, tańczyłyśmy do utraty tchu. Asia zawiesiła poprzeczkę bardzo wysoko i mimo najszczerszych mych chęci, na zajęciach innych instruktorów nigdy już nie bawiłam się tak, jak u niej.


Tak czy owak, na dach wrocławskich Arkadów dotarłyśmy z Ewelą i Monią (która postanowiła do nas dołączyć - w kupie siła! :D ) po 12. Żar lał się z nieba, światło raziło, Monia poszła w tany, a my odebrałyśmy startpacki i pozwiedzałyśmy stoiska. Postanowiłam się zmierzyć tłuszczowo, więc stałyśmy w kolejce podziwiając tatuaż dziewczęcia przed nami (Kamila, naprawdę  - cudo!!! <3 ), a po heroicznym wyczynie (wejście na wagę w towarzystwie innym niż własne to dla kobiety zawsze wyczyn ;) ) udałyśmy się na pierwsze zajęcia.



Body Worokout
No cóż... W całym evencie, moim zadaniem najsłabsze - ale tylko w pierwszej częsci cardio. Za dużo choreografii, w dodatku nie do końca udanej. Kolejne były znacznie lepsze - ta część poszła na szczęście niemal na początku, więc odczucia na końcu były już pozytywne. Kasia, Sławka- przygotowałyście nasze ciała do kolejnych wycisków, dzięki! :)

Zdjęcie: https://www.facebook.com/ArkadyWroclawskie


Tabata
Była tą częścią eventu, na którą czekałam najbardziej. Dominik i Leszek trafili w moje serce nawet podkładem muzycznym, który sama do swoich tabat wykorzystuję. Nie wiem, czy to ich ćwiczenia, czy żar lejący się z nieba (a może takie combo? :) ) sprawiły, że poczułam się jak w niebie. Czyli wykończona, przeczołgana - tak, jak pod koniec treningu czuć się lubię... <3


Tylko, że to jeszcze nie był koniec. Korzystając z kolejnej zumby poszłyśmy coś zjeść, po czym wykorzystałam kolejne stoisko z dostępnych na evencie. Pan był co prawda praktykantem, ale szło mu świetnie - szczególnie podobały mi się te momenty, gdy "tarmosił mój kręgosłup" ;)



ABT
Czyli ostatnie zajęcia, w kórych tego dnia wzięłyśmy udział. Maciek i Gosia to fantastyczny, przesympatyczny duet, choć miałam ochotę ich momentami udusić.  Jeśli kiedykolwiek planowałabym jednak pójść na zorganizowany fitness, to chyba właśnie na taki. Maciek bardzo bezkompromisowy, Gosia przywodząca na myśl nieco sadystyczną, ale jednak dziewczynę z sąsiedztwa, z którą można by się zaprzyjaźnić. Podejrzewam, że to właśnie im w największym stopniu zawdzięczam poniedziałkowe domsy, przez które legs day okazał się jednym z większych wyzwań ever.

I jednym z większych źródeł satsfakcji, bo nie dałam za wygraną. Uda drętwiały, łydki umierały, ale trening został zrobiony, napawając mnie kolejną refkleksją.
Uciekające centymetry, fajniejsze kształty  - owszem, dają satysfakcję.
Ale tego, co czuje sie pokonując ból, lenia, słabości i swoje własne, wewnętrzne bariery... tego się nawet nie da porównać. I gdybym miała do wybru mieć mega sylwetkę bez tej satysfakcji i przeciętną oponkę, ale z takim właśnie poczuciem spełnienia, to bez wahania wybrałabym to drugie.



Bo sport to coś znacznie więcej, niż sixpack i 10% bf (co mi akurat nie grozi :P ). To poczucie, że naprawdę możesz więcej. Że jesteś silny, nie tylko w kontekście fizycznym. To umiejętność dążenia do celu mimo, że ciało i umysł mówią Ci, że nie dasz rady. To właśnie jest kwintesencja ruchu. I to jest coś co nazywa się No Excuses...

 * Właśnie dlatego między fit eventem a poniedziałkowym leg dayem trafił się cheat trening, czyli niedzielne bieganie po zmroku. Uwielbiam to...



** Zaś za tydzień Men Expert Survival Race.. Dżizus, w co ja się znów wpakowałam?! Chętnych zapraszam na metę, z pomponami lub w celu wyniesienia mych zwłok :P Stres zżera, ale to te dobry stres. Bo dam radę - kto, jak nie ja...? :)




Zobacz również: 52 dni reduckji w zdjęciach |   Fit Opowiastki  |  CIAŁO

12 komentarzy:

  1. Świetna relacja :). Na dachu to brzmi dumnie. Dasz radę w biegu! Wierzę w Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Ojejku, obejrzałam filmiki z zumby i dla mnie to straszna żenuncja, mój organizm reaguje ciarkami :D to nie dla mnie, haha.

    OdpowiedzUsuń
  3. Takie rzeczy we Wrocławiu, szkoda, że o tym wcześniej nie słyszałam! Z Twojego opisu wnioskuję, że zabawa była świetna :) Powodzenia na Survivalu!

    OdpowiedzUsuń
  4. Wydarzenie wyglądało ciekawie, sama bym się przeszła. Zapraszam na mojego bloga gdzie umieściłam Twoja na liście blogów FIT :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Na dachu? Chetnie pojechałabym tam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Warto brać udział w różnego rodzaju zawodach. Sprawdzać się na tle innych. W takich sytuacjach najlepiej dostrzegamy, że nasza codzienna praca przynosi efekty. a ponadto dostajemy motywacji do dalszego działania!

    OdpowiedzUsuń
  7. Wyzwania i pokonywanie słabości to kwintesencja ciężkiego, regularnego treningu. To właśnie udział w takich zawodach napędza nas do dalszego działania!

    OdpowiedzUsuń