Każdy człowiek przeżywający swoje czasy młodości w latach 90
pamięta ten moment, gdy czarno-białe telewizory były zastępowane kolorowymi,
pojawiały się pierwsze telewizje satelitarne („ach ten Kowalski, taki bogaty,
satelitę założył! Teraz pół dnia u niego RTL leci!”), kablówki, wtedy też
odkrywaliśmy MTV (w której leciały teledyski i reklamy – nie było mowy o
nastoletnich ciążach czy półgłówkach z Jersey) i Vivę. Vivę pamiętam bardziej,
bo w mojej rodzinie był obóz satelitarny (satelitę posiadali dziadek i babcia,
przy czym najczęściej oglądali Polsat i nie pozwalali mi na włączanie kanałów
muzycznych), oraz kablówkowy (tu już było po domowemu). Dociągnięty do mojego
minitelewizorka kabel pozwalał czasem obejrzeć zaśnieżony obraz Vivy (głównie
niemieckiej), lub – jeśli wróciłam ze szkoły odpowiednio wcześnie, to jeszcze
przed obieraniem ziemniaków i napaleniem w piecu* załączałam kanały muzyczne w królestwie rodziców i rozkoszowałam się oglądaniem kolorowych teledysków. W tamtych czasach odkryłam
też swój pierwszy telewizyjny aerobik i pani Bojarska-Ferenc może przestać się
rumienić, bo nie o nią chodzi. Na wspomnianym już niemieckim RTLu leciały w
określone dni tygodnia o 7 rano półgodzinne ćwiczenia z takim panem w kolorze
mocno brązowym. Ćwiczenia jego bazowały głównie na boksowaniu i szalenie mi się
podobały, pół godziny ruchu nie polegającego na bieganiu na przeklętym
stadionie poprawiało mi humor, ale jeszcze nie sądziłam, że zaszczepiony mi
zostanie wirus uzależnienia od aktywności fizycznej. Zwłaszcza, że program
szybko zdjęli, a do pani Bojarskiej, która gdzieś tam na rodzimej dwójce
podrygiwała, jakoś nigdy nie byłam się w stanie przekonać. Z całym szacunkiem.
Oczywiście ten typowo rozległy wstęp nie powstał bez
przyczyny J W
czasach nastoletnich bowiem odkryłam, że nie każdy człowiek ma oponę na
brzuchu, ba! Niektórzy mają tam idealne, wręcz wklęsłe płaszczyzny, i wściekle
zazdrosnym wzrokiem obserwowałam pępki Christiny Aguilery i Gwen Stefani, moich ówcześnie dwóch brzusznych ideałów.

To było już w czasach, kiedy bardzo, ale to bardzo
pragnęłam schudnięcia i robiłam sobie krzywdę różnymi głodówkami. Ćwiczenia
pojawiały się również, przy czym jak pomyślę o nich teraz, to śmiać mi się chce
J W momencie, kiedy
tylko odczuwałam ból mięśnia – przestawałam, bo to pewnie sobie szkodzę. Ten
sam ból/napięcie teraz zapowiada początek treningu właściwego, ale wtedy
jeszcze o tym nie wiedziałam, i zadowalałam się dość mało intensywnymi formami
(na plus zaliczam fakt, ze się jednak ruszałam). Ponieważ zadrą w sercu stał mi
jednak ten brzuch, robiłam setki brzuszków. I choćby ten fakt połączony z
drugim, że pierzyna na brzuchu była wciąż taka sama, powinna dać mi wiele do
myślenia. Zresztą taka jestem mądra ale sześciopaka jeszcze nie mam – jednak myślę,
że jest to kwestia głównie błędów dietetycznych. I podkreślam słowo jeszcze –
bo prędzej czy później pierzyna zniknie. Ona jest uparta, ale ja bardziej ;)