Maszyny czy wolne
ciężary? Spór to odwieczny i stary jak świat, jak owsianka czy jajka, jak
Joey czy Chandler, jak Lidl czy Biedronka, jak cardio i interwały, jak morze
czy góry… Generalnie chodzi o to, że i jeden i drugi ma swych zwolenników.
Wiadomo, że musiałam zamieścić takie właśnie zdjęcie ;)
Osobiście jestem zdania, że do dobrego treningu wystarczy
sztanga i hantle (względnie zabawki w stylu kettli, piłek i gum) – w kwestii
stabilizacji, koordynacji, wyczucia mięśniowego i realnego wzrostu siły. 100 kg
wypychane na suwnicy robię bez problemu, 100 kg w przysiadzie, patrząc na tempo
progresu, zrobię za jakieś 127 lat ;) (to moja achillesowa pięta, smuteczek :( ). Wolne ciężary
pozwalają mi się znacznie lepiej skupić i dają o wiele większą satysfakcję.
Pozwalają ćwiczyć bardziej funkcjonalnie, więc wypracowują wzorce ruchowe,
które pomagają w normalnym życiu. Nie oznacza to jednak, że hejtuję maszyny, sama
z niektórych czasem korzystam.
I właśnie dlatego, mimo bycia zwolenniczką ciężarów wolnych,
przytoczę kilka przykładów, że maszyny mogą być dobre.

