Wiecie, jak to jest. Wygląda na małe, niewinne stworzonko. Słodki aniołeczek, z blond loczkami, wielkimi oczami i dołeczkami w policzkach. Rozkosznie się uśmiecha, a starsze panie pieją z zachwytu, że jakie śliczności - i nie tylko one. Dopiero podkrążone oczy mamy i jej znerwicowana natura podpowiadają, że za uroczą fasadą kryje się diabeł wcielony...
Mniej więcj podobnie ma się rzecz z cardio - przynajmniej z tego, co obserwuję ostatnio w internetach. #nocardio, krzyczą hashtagi, krzyczą (niektórzy) trenerzy i zawodniczki bikini. Czy słusznie cardio jest tak negowane?
środa, 7 stycznia 2015
niedziela, 28 grudnia 2014
Rok 2014
Rok 2015 zbliża się małymi, jednodniowymi kroczkami, skłaniając nas do pewnych refleksji.
Ja również takowe posiadam, posiadam tez postanowienia, które nie są bynajmniej wypadkową przełomu lat, lecz rozmyślań kilku ostatnich tygodni.
Rok 2014 był rokiem pięknym, choć osobiście dla mnie bardzo trudnym. Uświadomiłam sobie w nim w pełni swój wiek i nie chodzi tu o "jestem taka stara"... Nie jestem. Ale jestem już z pewnością dorosła, to nieco przytłacza. Fakt, że brak własnej rodziny daje mi znacznie więcej beztroski, niż moim znajomym, posiadającym już dzieci i kredyty. Z drugiej strony, tak dzieci jak kredyty dają poczucie pewnego celu i przynależności. Wniosek jest jeden. Czas pomyśleć o kredycie :P
Ja również takowe posiadam, posiadam tez postanowienia, które nie są bynajmniej wypadkową przełomu lat, lecz rozmyślań kilku ostatnich tygodni.
Rok 2014 był rokiem pięknym, choć osobiście dla mnie bardzo trudnym. Uświadomiłam sobie w nim w pełni swój wiek i nie chodzi tu o "jestem taka stara"... Nie jestem. Ale jestem już z pewnością dorosła, to nieco przytłacza. Fakt, że brak własnej rodziny daje mi znacznie więcej beztroski, niż moim znajomym, posiadającym już dzieci i kredyty. Z drugiej strony, tak dzieci jak kredyty dają poczucie pewnego celu i przynależności. Wniosek jest jeden. Czas pomyśleć o kredycie :P
środa, 10 grudnia 2014
Ale w koło jest wesoło!
Kiedy w niedzielny poranek przetarłam oczęta, w głowie mej zalęgły się słowa, które w zasadzie tkwią tam cały czas: jedzenie i trening. Znaczy, co dziś na śniadanie i na co mam ochotę pod względem treningowym?
Śniadanie to jeden z moich ulubionych posiłków i choć prawie zawsze wygląda tak samo (placek owsiany, owsianka z twarogiem czy wieśniakiem, z dodatkami orzechów i owoców), to jest ten rodzaj monotonii, którego nigdy nie mam dość.
Podobnie jest w przypadku treningu obwodowego, który po analizie aktywnościowych pragnień zagościł znów w moich skromnych progach - i po przypomnieniu sobie, dlaczego aż tak go uwielbiam, będzie znów u mnie gościł znaczenie częściej. O samych obwodówkach pisałam już nie raz, zbiór artykułów w tym temacie znajdziecie po jednym magicznym kliku ;)
Przypomnę jednak kilka zasad: wybieracie sobie dowolną liczbę stacji (u mnie tym razem było 12), w które wplatacie różne ćwiczenia, najlepiej takie, które angażują całe ciało. Wykorzystujcie do tego posiadane sprzęty - piłki, taśmy, trx, obciążenia, podwyższenia - wszystko, co pomoże Wam urozmaicić trening i zmusić ciało do większego wysiłku. Oczywiście taki trening można wykonać nawet be sprzętu, wszystko zależy od Was i Waszej inwencji :) Ponadto pamiętajcie, że w każdym ćwiczeniu możemy modyfikować trudność poprzez większe tempo, większe obciążenie czy bardziej zaawasowaną formę. Świetnym przykładem progresji ćwiczenia pod względem zaawansowania jest chociażby pompka:
Pompka przy ścianie -> Pompka z kolanami na macie-> Zwykła pompka-> Pompka z nogami na podwyższeniu -> Pompka w oparciu na bosu -> Pompka z jedną ręką opartą na podłodze, a drugą na bosu czy piłce lekarskiej etc.
W przypadku obciążeń, sugerowałabym, by nie wybierać za dużych, ale też nie oszczędzajcie się bardzo bardzo ;P - ten ciężar również powinien być dyktowany Waszym zaawansowaniem, stażem oraz tym, jak szybko możecie wykonywać dane ćwiczenie bez krzywdzenia techniki.
Taki trening ma jeszcze jeden plus - w formie przedstawionej poniżej jest odmianą interwału, więc atakujemy niechciany tłuszczyk. Ponieważ macie dowolność wyboru ćwiczeń, możecie je dostosować do dostępnej Wam przestrzeni mieszkalnej i wykonać trening nawet na bardzo małej powierzchni.
Liczba stacji: 12
Rundy: 3
Stacja: 40s work, 10s rest (w czasie restu zerkamy na rozpiskę i przechodzimy do kolejnego ćwiczenia)
Przerwa między rundami: 1,5 min
Przerwa między rundami: 1,5 min
poniedziałek, 8 grudnia 2014
Słowa kluczowe czyli jak się trafia do Izoldowego Królestwa
Nie byłam nigdy dzieckiem wybitnym, choć też nie głupim. Być może zabawnym, słodkim, krnąbrnym - owszem. Moi rodzice na nudę nie narzekali, dostarczałam im wielu rozrywek. Na przykład pastując mamie całe mieszkanie przywiezionym z Niemiec (bo w naszym zacnym kraju nie było) dużym kremem Nivea. Pastowałam płyty na ścianach w przedpokoju, meble i okna w pokoju rodziców i własnym... nie zdążyłam zająć się kuchnią, być może dlatego, bo krem się skończył, a ostatki zużyłam na wysmarowanie od stóp do głów mojej ulubionej lalki.
Albo kiedy jako dziecko 4-5 letnie przez nieuwagę mamusi pożarłam cały gar kalafiora z bułką tartą, zostawiając rodzicom same ziemniaczki i jajko sadzone. Kalafior był chyba wówczas rarytasem trudnym do zdobycia, bo po dziś dzień mamusia wspomnienia wydobywa z siebie głosem trwogą zalatującym. Miałam również ograniczony repertuar wokalny (Rolnik sam w Dolinie! <3), a że śpiewanie było moją ogromną pasją, rodzice Rolnika słuchali pierdylion razy dziennie. Mój były sąsiad, lat z dyszkę więcej niż ja, do dziś patrzy na mnie dziwnie, ale cóż, to właśnie ja, nie wymawiając jeszcze "r" i uważając Piotrka za swoją prywatną opiekunkę, darłam się przez okno "Tlotluś, kulwa, nie glaj z nimi w kulululu".
"Tlotluś" ponoć trochę popsuł mu życie, zwłaszcza to podwórkowe ;)
Kiedy jednak nauczyłam się poprawnego wymawiania słów, w czasie do tego przewidywanym, nauczyłam się również czytać i pisać. W miarę upływu miesięcy i lat odkrywałam, jak wielką siłę mają słowa. Że są narzędziem, dzięki któremu można stworzyć lepsze światy - przynajmniej na papierze. Pisałam opowiadania, pamiętniki, jednocześnie pochłaniając tony książek. Kojarzycie ten obrazek, w którym dziecko czyta z latarką pod kołdrą? Ja byłam dokładnie takim dzieciakiem, połykającym kolejne pozycje z bibliotecznych półek.
Ten, typowo średnionawiązujący do tematu głównego wstęp ma jeden wspólny mianownik: słowo. Bo dzisiaj po raz kolejny zgłębiłam się w słowa kluczowe, po których ludzie trafiają na tego bloga.
Albo kiedy jako dziecko 4-5 letnie przez nieuwagę mamusi pożarłam cały gar kalafiora z bułką tartą, zostawiając rodzicom same ziemniaczki i jajko sadzone. Kalafior był chyba wówczas rarytasem trudnym do zdobycia, bo po dziś dzień mamusia wspomnienia wydobywa z siebie głosem trwogą zalatującym. Miałam również ograniczony repertuar wokalny (Rolnik sam w Dolinie! <3), a że śpiewanie było moją ogromną pasją, rodzice Rolnika słuchali pierdylion razy dziennie. Mój były sąsiad, lat z dyszkę więcej niż ja, do dziś patrzy na mnie dziwnie, ale cóż, to właśnie ja, nie wymawiając jeszcze "r" i uważając Piotrka za swoją prywatną opiekunkę, darłam się przez okno "Tlotluś, kulwa, nie glaj z nimi w kulululu".
"Tlotluś" ponoć trochę popsuł mu życie, zwłaszcza to podwórkowe ;)
Kiedy jednak nauczyłam się poprawnego wymawiania słów, w czasie do tego przewidywanym, nauczyłam się również czytać i pisać. W miarę upływu miesięcy i lat odkrywałam, jak wielką siłę mają słowa. Że są narzędziem, dzięki któremu można stworzyć lepsze światy - przynajmniej na papierze. Pisałam opowiadania, pamiętniki, jednocześnie pochłaniając tony książek. Kojarzycie ten obrazek, w którym dziecko czyta z latarką pod kołdrą? Ja byłam dokładnie takim dzieciakiem, połykającym kolejne pozycje z bibliotecznych półek.
Ten, typowo średnionawiązujący do tematu głównego wstęp ma jeden wspólny mianownik: słowo. Bo dzisiaj po raz kolejny zgłębiłam się w słowa kluczowe, po których ludzie trafiają na tego bloga.
niedziela, 7 grudnia 2014
Weekend Memories
Lubię weekendy. Większość z nich (nie każdy niestety) daje mi możliwość wyspania się (na tym polu wciąż nie potrafię dojść ze sobą do ładu i śpię o wiele za mało jak na regeneracyjne potrzeby organizmu), nadrobienia zaległości lekturowych, odwiedzenia rodziny, czyli wszystkiego tego, na co w tygodniu niekoniecznie mogę sobie pozwolić. Najczęściej to w weekend przypada dzień restu, co powiązane z możliwością wyspania się, daje szerokie spectrum regeneracyjnych możliwości.
Nie musi to być oczywiście czas spędzony obrzydliwie leniwie, bo nie do końca o to chodzi ;) O jednym z weekendów chciałam napisać już dawno, dawno temu, ale wciąż jakoś brakowało czasu. Był to jeden z pięknych dni w październiku, kiedy wraz z dwójką przyjaciół postanowiliśmy wybrać się w góry. Nasze pobliskie - Szklarska Poręba.
Muszę od razu zaznaczyć, że góry uwielbiam. Doceniam za piękno, majestat i potęgę. Nie jest istotne, czy to skaliste Tatry czy stare Karkonosze, góry mają swojego ducha, przed którym chyba każdy czuje respekt. Tego dnia pokonaliśmy około 22 km, co w obliczu wertepów z jakimi przyszło nam się zmierzyć (dowody poniżej), pozostawiło niektórym z nas zakwasy stulecia ;) (zdjęcia są autorstwa Kubusiów).
Nie musi to być oczywiście czas spędzony obrzydliwie leniwie, bo nie do końca o to chodzi ;) O jednym z weekendów chciałam napisać już dawno, dawno temu, ale wciąż jakoś brakowało czasu. Był to jeden z pięknych dni w październiku, kiedy wraz z dwójką przyjaciół postanowiliśmy wybrać się w góry. Nasze pobliskie - Szklarska Poręba.
Muszę od razu zaznaczyć, że góry uwielbiam. Doceniam za piękno, majestat i potęgę. Nie jest istotne, czy to skaliste Tatry czy stare Karkonosze, góry mają swojego ducha, przed którym chyba każdy czuje respekt. Tego dnia pokonaliśmy około 22 km, co w obliczu wertepów z jakimi przyszło nam się zmierzyć (dowody poniżej), pozostawiło niektórym z nas zakwasy stulecia ;) (zdjęcia są autorstwa Kubusiów).
środa, 26 listopada 2014
Gdzie byłam, kiedy mnie nie było. Historia prawdziwa.
Historia zaczyna się dość niewinnie - sielska miejscowość, mały hobbit i pierścień. W międzyczasie piękny elf, zabójczo przystojny piechur i krnąbrny krasnal. Zaczęło się niewinnie, skończyło wędrówką przez kilka światów, żeby wrzucić w odmęty góry zaczarowany pierścień.
W mojej własnej historii jest nieco inaczej. Jest piękna (a co! :P ) Izolda rozmiarów nieprzeciętnych, brak jest Aragorna i Legolasa, ale za to jest wyprawa przez krainę naszą polską, w celach wielorakich.
Początek ma ona na kilka lat wstecz, kiedy to przypadkiem podczas rozmów i wyprawy na pocztę wyszło na jaw, że Izolda posługiwać się słowem pisanym lubi i potrafi, zaś Człowiek Szymkiem Zwany poszukuje kogoś do tworzenia tekstów właśnie. Po wielu naradach i ustaleniach Izolda zaczęła tworzyć teksty, stając się przy okazji ekspertem od budowy i konserwacji bieżni, orbitreków czy innych rowerków, dostając pod opiekę kolejne strony. Historia ta nie ma jeszcze zakończenia, trwa w najlepsze i rozwija się pełną parą. Losy fitness4you.pl i Izoldy krzyżują się często a ostatnio nabrały dodatkowej mocy, ponieważ Człowiek Szymkiem Zwany postanowił, że będziemy kręcić. Nie lody, nie bata, nie hula hop. Filmy.
W mojej własnej historii jest nieco inaczej. Jest piękna (a co! :P ) Izolda rozmiarów nieprzeciętnych, brak jest Aragorna i Legolasa, ale za to jest wyprawa przez krainę naszą polską, w celach wielorakich.
Jam jest Izolda, tuż przed ostatnią wyprawą! ;)
Początek ma ona na kilka lat wstecz, kiedy to przypadkiem podczas rozmów i wyprawy na pocztę wyszło na jaw, że Izolda posługiwać się słowem pisanym lubi i potrafi, zaś Człowiek Szymkiem Zwany poszukuje kogoś do tworzenia tekstów właśnie. Po wielu naradach i ustaleniach Izolda zaczęła tworzyć teksty, stając się przy okazji ekspertem od budowy i konserwacji bieżni, orbitreków czy innych rowerków, dostając pod opiekę kolejne strony. Historia ta nie ma jeszcze zakończenia, trwa w najlepsze i rozwija się pełną parą. Losy fitness4you.pl i Izoldy krzyżują się często a ostatnio nabrały dodatkowej mocy, ponieważ Człowiek Szymkiem Zwany postanowił, że będziemy kręcić. Nie lody, nie bata, nie hula hop. Filmy.
wtorek, 11 listopada 2014
Love Actually...
Dzisiejszy post będzie wręcz cukierkowy, taki, że Nyann Cat i wszystkie jednorożce będą mogły się schować pod ławkę do wyciskania i gorzko (tak, gorzko!) zawodzić nad bezużytecznością swojego istnienia. Tak. Bo dzisiaj, drodzy Państwo, będzie post o miłości. I to nie tej do sztangi - będzie o prawdziwej, rozżarzonej, takiej, o której piszą Nory Roberts i inne ... yyy... hmm.. no. Jak ktoś czyta romanse, to wie. O! O której piszą scenarzyści latynoamerykańskich telenowel (ach, porke?!)
Jeśli ktoś czyta mnie od jakiegoś czasu, pewnie podejrzewa, że moją pierwszą wielką miłością był McGyver. To niestety nie do końca prawda, ponieważ najpierw zakochałam się w Panu Mirku. Pan Mirek był znajomym moich rodziców i wodzirejem z naszej wsi - to on puszczał muzykę na wszystkich potańcówkach, zarówno tych dorosłych, jak i tych dla dzieci. Wówczas sądziłam, że moja miłość skrytą jest i nieodgadnioną, jednak ogromny foch strzelony w dniu ślubu Pana Mirka mówił sam za siebie. Rodzice mieli ubaw, a ja pozostałam nieszczęśliwie zakochaną pięciolatką... ;)
Później faktycznie przyszedł czas na McGyvera, choć w tak zwanym międzyczasie odkryłam książki i zauroczenia jednym z chłopców z "Dzieci z Bullerbyn", tudzież Gilbertem z "Ani z Zielonego Wzgórza". Zawsze byłam dzieckiem sporo czytającym, żyjącym w świecie marzeń, trochę skrytym i nieśmiałym. Zanim jeszcze zapałałam namiętną miłością do człowieka konstruującego bombę z agrafki i gumy do żucia, wyrobiłam w sobie pogląd, że by chłopcy się we mnie zakochiwali, muszę być zamyślona, zamknięta w sobie i dławiąca w sobie nieustanny smutek. Jakoś nie wzięłam pod uwagę, że to, co sprawdzało się w książkach traktujących o końcu 19 wieku, niekoniecznie musi przekładać się na współczesność. Ziarno jednak zostało zasiane, Izolda została nieśmiałą romantyczką, dziewczęta w koło zaczynały "chodzić z chłopakami", a ja z McGyvera na długi czas zostałam prawie żoną Briana z BSB, o czym pisałam już tutaj :)
[A teraz przerwę swoje własne wywody, bo jak to będzie szło w tym tempie, to do sedna o którym chciałam pisać tak naprawdę, nie dojdę chyba nigdy... ]
Jeśli ktoś czyta mnie od jakiegoś czasu, pewnie podejrzewa, że moją pierwszą wielką miłością był McGyver. To niestety nie do końca prawda, ponieważ najpierw zakochałam się w Panu Mirku. Pan Mirek był znajomym moich rodziców i wodzirejem z naszej wsi - to on puszczał muzykę na wszystkich potańcówkach, zarówno tych dorosłych, jak i tych dla dzieci. Wówczas sądziłam, że moja miłość skrytą jest i nieodgadnioną, jednak ogromny foch strzelony w dniu ślubu Pana Mirka mówił sam za siebie. Rodzice mieli ubaw, a ja pozostałam nieszczęśliwie zakochaną pięciolatką... ;)
Później faktycznie przyszedł czas na McGyvera, choć w tak zwanym międzyczasie odkryłam książki i zauroczenia jednym z chłopców z "Dzieci z Bullerbyn", tudzież Gilbertem z "Ani z Zielonego Wzgórza". Zawsze byłam dzieckiem sporo czytającym, żyjącym w świecie marzeń, trochę skrytym i nieśmiałym. Zanim jeszcze zapałałam namiętną miłością do człowieka konstruującego bombę z agrafki i gumy do żucia, wyrobiłam w sobie pogląd, że by chłopcy się we mnie zakochiwali, muszę być zamyślona, zamknięta w sobie i dławiąca w sobie nieustanny smutek. Jakoś nie wzięłam pod uwagę, że to, co sprawdzało się w książkach traktujących o końcu 19 wieku, niekoniecznie musi przekładać się na współczesność. Ziarno jednak zostało zasiane, Izolda została nieśmiałą romantyczką, dziewczęta w koło zaczynały "chodzić z chłopakami", a ja z McGyvera na długi czas zostałam prawie żoną Briana z BSB, o czym pisałam już tutaj :)
[A teraz przerwę swoje własne wywody, bo jak to będzie szło w tym tempie, to do sedna o którym chciałam pisać tak naprawdę, nie dojdę chyba nigdy... ]
niedziela, 9 listopada 2014
FitPack czyli prezentomania
Święta Bożego Narodzenia to okres szczególny. Człowiek wyzbywa się resztek gotówki, biega gorączkowo po sklepach w poszukiwaniu doskonałego prezentu, i (dość często) robi masę, kusząc się na babcine serniczki i grzańce z goździkami. Wybiórcze jednostki, które często goszczą na tym blogu, zawczasu sprawdzają, które siłownie w okolicach świętowania są czynne, wymuszają na rodzinie obietnice, że "tym razem nie będzie tylko siedzenia przy stole, pójdziemy na spacer", odcinają dostęp do kablówki, żeby po raz kolejny nie oglądać zostawionego samego w domu Kevina na zmianę z "Potopem", lub ewentualnie układają treningowe playlisty z filmami Zuzki na youtubie.
Oprócz części apokaliptycznej (rodzinny spęd/kalorie/goły portfel/co robimy z Sylwestrem?), Boże Narodzenie zawiera część przyjemną. Są to kalorie (wiem, że wymieniłam je w części apokaliptycznej, ale kaman! Sernik! Makowiec! Uszka!), świąteczny klimat (który coraz trudniej poczuć, ale sami przyznajcie, że świąteczne światełka, ozdoby, mróz na oknie i kubek proteinowego kakao mają w sobie coś, takiego, że w środku wydajemy odgłos jak na widok małego kotka)...
Ten czas ma w sobie coś jeszcze - prezenty. Te, o których chcę napisać co prawda świąteczne nie były, raczej październikowe, ale prezent to prezent i jego otrzymanie zawsze cieszy :) (w tym miejscu chciałam pozdrowić ofiarodawcę Szokobonsów :D )
Oprócz części apokaliptycznej (rodzinny spęd/kalorie/goły portfel/co robimy z Sylwestrem?), Boże Narodzenie zawiera część przyjemną. Są to kalorie (wiem, że wymieniłam je w części apokaliptycznej, ale kaman! Sernik! Makowiec! Uszka!), świąteczny klimat (który coraz trudniej poczuć, ale sami przyznajcie, że świąteczne światełka, ozdoby, mróz na oknie i kubek proteinowego kakao mają w sobie coś, takiego, że w środku wydajemy odgłos jak na widok małego kotka)...
Ten czas ma w sobie coś jeszcze - prezenty. Te, o których chcę napisać co prawda świąteczne nie były, raczej październikowe, ale prezent to prezent i jego otrzymanie zawsze cieszy :) (w tym miejscu chciałam pozdrowić ofiarodawcę Szokobonsów :D )
niedziela, 26 października 2014
Fit Konfesjonał
Jakiś czas temu (prawie 2 tygodnie, dżizas, jak to leci jak szalooooone!) Gosia z No Excuses nominowała mnie do "zwierzeń". Ponieważ chyba już wszyscy byli nominowani, bo duuuużo takich postów zdarzyło mi się u Was czytać, więc pozwierzam się tylko, nie nominując nikogo - chyba, że ktoś chce (? ) :)
Uprzedzam, nieco się rozpisałam. Zwłaszcza na końcu :P
1. Twoje motto przewodnie to....?
„You never know how strong you are until being strong is the only choice you have”.
Jestem osobą, która potrafi posypać się przy małej pierdółce, przejmować drobiazgami, na które inni nawet nie zwróciliby uwagi. Jednocześnie przy sprawach wyższej rangi, tych naprawdę poważnych, wykazuję się zazwyczaj sporą wolą walki.
Ta siła, tak sądzę, wynika zarówno z faktu, że od wielu lat radzę sobie w życiu sama i potrafilam przetrwać naprawdę paskudne kryzysy, jak i ambiwalentnie z przeświadczenia, że gdyby miało wydarzyć się mi coś naprawdę złego, mam wokół siebie kilka wspaniałych osób, które będą walczyć pazurami, bym nie znalazła się na dnie – czemu już nie raz dawali wyraz, za co bardzo im dziękuje :*
2. Słowo, które najlepiej Cię opisuje to....?
Sprzeczność. Jestem pracowita, bywam leniwa. Potrafię jeść czysto jak i spowiadać się ze słoika nutelli. Kocham słońce i lubię mroźne, zimowe poranki. Jestem fit choc jestem i krągła. Potrafię być słodka jak miód i wredna jak Wojewódzki w Idolu ;) No i kocham Burpeesy, ale ich nienawidzę ;)
Uprzedzam, nieco się rozpisałam. Zwłaszcza na końcu :P
1. Twoje motto przewodnie to....?
„You never know how strong you are until being strong is the only choice you have”.
Jestem osobą, która potrafi posypać się przy małej pierdółce, przejmować drobiazgami, na które inni nawet nie zwróciliby uwagi. Jednocześnie przy sprawach wyższej rangi, tych naprawdę poważnych, wykazuję się zazwyczaj sporą wolą walki.
Ta siła, tak sądzę, wynika zarówno z faktu, że od wielu lat radzę sobie w życiu sama i potrafilam przetrwać naprawdę paskudne kryzysy, jak i ambiwalentnie z przeświadczenia, że gdyby miało wydarzyć się mi coś naprawdę złego, mam wokół siebie kilka wspaniałych osób, które będą walczyć pazurami, bym nie znalazła się na dnie – czemu już nie raz dawali wyraz, za co bardzo im dziękuje :*
2. Słowo, które najlepiej Cię opisuje to....?
Sprzeczność. Jestem pracowita, bywam leniwa. Potrafię jeść czysto jak i spowiadać się ze słoika nutelli. Kocham słońce i lubię mroźne, zimowe poranki. Jestem fit choc jestem i krągła. Potrafię być słodka jak miód i wredna jak Wojewódzki w Idolu ;) No i kocham Burpeesy, ale ich nienawidzę ;)
czwartek, 9 października 2014
Detocell - podsumowanie akcji
Dokładnie 3 miesiące temu rozpoczęłam testy produktu Detocell działające antycellulitowo. Gdy zaczynałam akcję było lato, skóra brązowa a z organizmu wręcz parowała witamina D ;) Zauważyliście, że opalony, radosny słońcem człowiek wydaje się sobie znacznie atrakcyjniejszy, niż w szary, listopadowy wieczór? ;)
Udział w akcji pozwolił mi głębić się w tajniki tego kobiecego koszmaru, który bez właściwej pielęgnacji powraca jak powtórki seriali między sezonami. Czy suplementacja jest do tego niezbędna?
Cóż. To zależy, jak wielka jest nasza determinacja do walki z tym paskudztwem. Przyznaję, że wraz z możliwością zakrywania ud legginsami i spodniami, zapał nieco słabł a kosmetyki antycellulitowe poszły w kąt. Biję się w pierś, aczkolwiek - być może dzięki odpowiedniej diecie, dużej ilości wody lub właśnie specyfikowi Detocell, nie wyglądam jak skórzana kanapa z tymi irytującymi guziczkami ;)
Udział w akcji pozwolił mi głębić się w tajniki tego kobiecego koszmaru, który bez właściwej pielęgnacji powraca jak powtórki seriali między sezonami. Czy suplementacja jest do tego niezbędna?
Cóż. To zależy, jak wielka jest nasza determinacja do walki z tym paskudztwem. Przyznaję, że wraz z możliwością zakrywania ud legginsami i spodniami, zapał nieco słabł a kosmetyki antycellulitowe poszły w kąt. Biję się w pierś, aczkolwiek - być może dzięki odpowiedniej diecie, dużej ilości wody lub właśnie specyfikowi Detocell, nie wyglądam jak skórzana kanapa z tymi irytującymi guziczkami ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)












