Od razu ostrzegam, to jest post niefitnessowy, taka tam prywata, więc jeśli czekacie na coś o aktywności, to taki będzie następny post :)
Dawno, dawno temu, gdy - jak już wspominałam, byłam dzieckiem (nadmieniam, bo to może wcale nie jest takie oczywiste) wyobrażałam sobie siebie w przyszłości jako:
a) ponętną blondynkę (taką w blond wersji Jessici Rabbit z "Kto wrobił Królika Rogera"),
b) żonę,
c) kobietę sukcesu (już wspominałam, że w planach odnośnie kariery zawodowej przeplatało się śpiewanie z dziennikarstwem i Czarodziejką z Księżyca ;) ).
Plany się średnio udały, bo:
a) Znajdź trylion różnic,
b) nabyłam kota przed mężem, błąd strategiczny.
c) No, to akurat może jeszcze nie do końca mi wyszło, ale też nie ma kompletnej porażki :)
wtorek, 4 lutego 2014
piątek, 31 stycznia 2014
Medżik i Hajpnotajzing czyli sztuka samomanipulacji.
W niektórych kręgach znana jestem pod pseudonimem Wiedźmy. Współczesna
wiedźma to taki stwór, który jako środek transportu używa miotły (zamiennie z
PKP/kombajnem), cel podróży to najczęściej miejsce koncertu (od dłuższego czasu
głównie Comy J ,
choć z tego co wiem, w tym roku centralny zlot wiedźm odbędzie się na koncercie
Justina Timberlake’a) lub ewentualnie Choszczno (to taka miejscowość, która
znajduje się w każdej innej miejscowości w Polsce), pija głównie domestosa i je
banany. Jako zwierzątko domowe występuje kura lub pawian. Słowa klucze: #kRzak
#rotfl #Roguc #Ukeje #sabat #Wrocławpodzegarem #nigdywięcejfajkiwodnejnasylwkuwkrakowie
#PTOK #zadźwiękiembasupójdędolasu.
Jeszcze w czasach, gdy byłam słusznych gabarytów blondyną, zostały poczynione pewne kroki, by zgładzić czające się we mnie Wiedźmisko. Niewiele to dało, ale pamiątka jest a przy okazji dowód, że próbowano zrobić ze mnie aniołka. Wyszło raczej zombie ;)
Wiedźmia tematyka pojawia się w tym wprowadzeniu nie bez
przyczyny. Dziś zajmiemy się tematyką magii i manipulacji ludzkim umysłem-
czyli mała podpowiedź, jak to zrobić, żeby nie podjadać i trzymać się zdrowej
michy. Odpuszczam w tym momencie tematykę lunchboxów, gruntownych przygotowań
posiłków i silnej woli, zajmiemy się trickami.
wtorek, 28 stycznia 2014
Zapytaj Izoldy, część I. Matka Polka.
Są takie momenty w życiu kobiety, kiedy ta postanawia się
wziąć za siebie. Oczywiście jest ich całe mnóstwo, wliczając w to choćby 90%
poniedziałków w roku ;), jednak są
również i takie, kiedy damskie zamierzenia i chęć rozprawienia się z własnym
wizerunkiem sięgają zenitu.
Wymienić tu można:
- · Zmianę pracy, szkoły, miejsca zamieszkania – wszystkie przełomowe momenty, kiedy życie niewiasty ulega transformacji i życzy sobie ona rzucić wszystkich na kolana i olśnić swą urodą, blaskiem i niezłą figurą,
- · Przed randką – zwłaszcza tą pierwszą (nie tylko przed pierwszą ever, ale każdą kolejną pierwszą, której to katorgi farciary zakochane od lat nastu mogły uniknąć),
- · Przed randką – tą pierwszą rozbieraną, zdecydowana większość pań próbuje wtedy zrzucić milion kilo i odprawiać modły nad biustem,
- · Przed ex-randką, a wiec spotkaniem z dawno nie widzianym ex, który ma wręcz obowiązek wykrzyknąć gromko na pół świata, że jesteśmy piękne, schudłyśmy i on się teraz czuje durnym idiotą,
- · Przed ślubem. Wiadomo, biała sukienka, białe poszerza, no i jednak w ten wyjątkowy dzień kobiety wolą czuć się jak łabędź niż jak beza,
- · Po ciąży. I tu dochodzimy do meritum sprawy, albowiem z serii „zapytaj Izoldy” pojawił się pierwszy grad pytań, na które postaram się z całych sił odpowiedzieć J
niedziela, 26 stycznia 2014
Top Trendy czyli co w Fitnessach piszczy
Wrzucam z lekkim opóźnieniem.. ;)
Jest sobota, 18 dzień stycznia. Jednocześnie jest to dzień
pierwszego od kilkunastu dni restu, który miałam zamiar znów przesunąć – ale
obiecałam, że dam sobie odpocząć i nie rzucam słów na wiatr. Dni restu to w
życiu każdego fit-maniaka takie chwile, kiedy dopadają go egzystencjalne myśli,
bo dzień bez treningu to taki trochę smutny dzień bez celu. Człowiek wysypia
się porządnie, serwuje sobie wartościowe śniadanie, przy okazji przeglądając
piętrzącą się na kanapie prasę (scena niemal jak z życia hollywoodzkiej
gwiazdeczki), tęsknym spojrzeniem obrzuca stojącą w kącie torbę z rzeczami na
siłkę i z ciężkim sercem ładuje ją do szafy, żeby nie kusiła.
Serio, takie sceny np. z czekoladą nigdy nie mają miejsca.
Później ów człowiek, który w Waszych wyobrażeniach
nieprzypadkowo powinien przyjąć postać pięknej brunetki z długimi
nogami i jędrnym tyłkiem ( :P ), zagląda w różne miejsca w Internetach
zastanawiając się, jak spędzić ten dzień. Ostatecznie wyprawia się na
odwiedzanie okolicznych szmateksów, by w końcu zająć miejsce w Starbuniu i
pisać na ulubione tematy. Starbuń pełen jest innych zaopatrzonych w laptopy
ludzi- głównie płci męskiej, w hipsterskich ciuchach i z brodami, które w
Warszawie są wciąż trendy.
Człowiek sadowi się przy oknie i tęsknie obrzuca
spojrzeniem każdą osobę wchodzącą i wychodzącą z siłowni – bo zapomniałam
dodać, że oczywiście, wybrał kawiarnię przy siłce;) Jest to pewien kompromis, tak sądzę. Przy
okazji, rozglądając się po osobniczkach płci żeńskiej człowiek zauważa, że za
blogerkę modową nikt go nie weźmie – nie ma czapki z napisem SWAG, bluzy z
wizerunkiem zwierzątka, galaktycznych legginsów, ani nawet chłopca z grzywką
zaczesaną na bok. Co gorsza, nie jara się Beyonce, a z jego słuchawek dobiega
buńczuczne „Nie wierzę skur***om” wywrzaskiwane przez Roguca. Przejdźmy do
meritum.
czwartek, 23 stycznia 2014
Jestem niezrównoważona!
Poranki to nigdy nie jest prosta sprawa, chyba, że człowiek jest świeżo zakochany albo jest kimś, kogo nazywa się "morning person". Ja do nich nigdy nie należałam, dlatego zawsze, ale to zawsze doceniałam piękno godzin w okolicach świtu (na ekonomii dowiedziałam się, że ma to coś wspólnego z rzadkmi dobrami i diamentami). Świeższe powietrze, poczucie zbliżania się czegoś nowego, rosa na trawie (mróz szczypiący w policzki, taki mamy klimat), piękne zapachy z pobliskich piekarni, delikatne promienie słońca. Cud, miód, orzeszki, które w starciu z brutalną rzeczywistością (czyli budzikiem dzwoniącym o 5-6 rano, ciepłą kołdrą i zimnym jej zewnętrzem), jakoś zazwyczaj przegrywają. Chyba, że:
a) człowiek ma wspomniane motyle w brzuchu - wtedy wszystko, absolutnie wszystko jest dla człowieka źródłem szczęścia i radości (a sam zakochany staje się źródłem irytacji dla otoczenia, bo to wkurzające, gdy ktoś jest taki szczęśliwy ;) ),
b) targasz walizkę po nocy spędzonej w pociągu. Na dworcu nie zostaniesz, do domu dotrzeć musisz, przy okazji chłoniesz przyrodę.
Wiadomo jednak, że w każdym innym wypadku należy zażyć odpowiednie medykamenty, by jakoś przetrwać tą koszmarną porę dnia - zrobić szybki trening, wziąć prysznic, wypić aromatyczną kawę - wtedy jakoś i humor się poprawia, energia wraca, i jak ktoś jest optymistą (lub nawróconym pesymistą, jak ja :P ), to znów staje się irytującą dla pozostałych kulką szczęścia.
a) człowiek ma wspomniane motyle w brzuchu - wtedy wszystko, absolutnie wszystko jest dla człowieka źródłem szczęścia i radości (a sam zakochany staje się źródłem irytacji dla otoczenia, bo to wkurzające, gdy ktoś jest taki szczęśliwy ;) ),
b) targasz walizkę po nocy spędzonej w pociągu. Na dworcu nie zostaniesz, do domu dotrzeć musisz, przy okazji chłoniesz przyrodę.
Wiadomo jednak, że w każdym innym wypadku należy zażyć odpowiednie medykamenty, by jakoś przetrwać tą koszmarną porę dnia - zrobić szybki trening, wziąć prysznic, wypić aromatyczną kawę - wtedy jakoś i humor się poprawia, energia wraca, i jak ktoś jest optymistą (lub nawróconym pesymistą, jak ja :P ), to znów staje się irytującą dla pozostałych kulką szczęścia.
środa, 22 stycznia 2014
Killing me not so softly.
Podczas towarzyskiej pogawędki z przyjaciółmi tuż po Nowym Roku poruszaliśmy tematy te i owe. Wiadomo, nie za ciężkie, w końcu spotkaliśmy się dla relaksu i dobrej atmosfery. Nawet ataki trenującej ostatnio sztuki walki chrześnicy mej nie zepsuły radosnej atmosfery :) Chrześnica nie tylko trenuje sierpowe, proste i haki, pracuje również nad siłą - widać jej mama czytuje mojego bloga na głos, bo dziecię wzięło sobie do serca, że trening siłowy to podstawa - co udowadniam załączonym zdjęciem :)
Podczas tego spotkania dziewczyny opowiadały mi o zajęciach aqua - aerobiku, na które ostatnio uczęszczają i padło zdanie (nie powiem, oddające nieco rzeczywistość), że poczuły się jak na zajęciach ze mną, gdy pani pokrzykiwała "szybciej, szybciej" ;)
Podczas tego spotkania dziewczyny opowiadały mi o zajęciach aqua - aerobiku, na które ostatnio uczęszczają i padło zdanie (nie powiem, oddające nieco rzeczywistość), że poczuły się jak na zajęciach ze mną, gdy pani pokrzykiwała "szybciej, szybciej" ;)
sobota, 11 stycznia 2014
Skinny love.
Swojego czasu wieszałam na lodówce zdjęcia Anji Rubik i
Mirandy Kerr – motywacyjnie, jako ideał sylwetki do którego należy dążyć. I to
wcale nie było tak dawno temu – maks dwa lata. Przez ten czas sporo się
zmieniło – podejście do siebie, swojego ciała, umysłu. O dziwo, już wtedy
sądziłam, że mam nastawienie pro-fit. Wyśmiałabym każdego, kto powiedziałby mi,
że w przyszłości będę marzyć o sylwetce Jen Selter.
Niestety, pomimo panujących obiegowo opinii, że „strong is a new
skinny” (ku uciesze wielu przedstawicieli płci brzydkiej, twierdzących, że
facet nie pies, na kości nie leci ;) ), wiernych wyznawczyń wersji skinny jest
nadal bardzo wiele. Chciałabym dziś przybliżyć trzy bardzo niezdrowe trendy,
które mieszają w głowie zwłaszcza młodym dziewczynom – albo i tym starszym (i
zauważyłam, że im większe zainteresowanie tematami modowymi, tym większe
nasilenie pro-skinny).
Trend 1. Jak
najniższy poziom tkanki tłuszczowej.
Dziewczęta obsesyjnie walczą o minimalny poziom tkanki
tłuszczowej. Nie są w stanie zrozumieć, że kobiety naturalnie mają go trochę
więcej – głównie za sprawą estrogenu, i że zejście poniżej 10% nie tylko jest
szkodliwe, ale prawie niemożliwe. Tłuszczyk w kobiecym ciele jest potrzebny –
to właśnie dzięki niemu mamy biust, biodra i wszystko, co nazywa się kobiecymi
proporcjami. Zbyt niski poziom BF zaburza gospodarkę hormonalną, hamuje okres,
zmniejsza płodność i zwiększa ryzyko osteoporozy. Panom zarówno zbicie tkanki
tłuszczowej jak i przyrost mięśni ułatwiony jest z powodu wyższego poziomu
testosteronu.
środa, 8 stycznia 2014
Watch Your Core! Subiektywny ranking ćwiczeń na mięśnie brzucha.
Każdy człowiek przeżywający swoje czasy młodości w latach 90
pamięta ten moment, gdy czarno-białe telewizory były zastępowane kolorowymi,
pojawiały się pierwsze telewizje satelitarne („ach ten Kowalski, taki bogaty,
satelitę założył! Teraz pół dnia u niego RTL leci!”), kablówki, wtedy też
odkrywaliśmy MTV (w której leciały teledyski i reklamy – nie było mowy o
nastoletnich ciążach czy półgłówkach z Jersey) i Vivę. Vivę pamiętam bardziej,
bo w mojej rodzinie był obóz satelitarny (satelitę posiadali dziadek i babcia,
przy czym najczęściej oglądali Polsat i nie pozwalali mi na włączanie kanałów
muzycznych), oraz kablówkowy (tu już było po domowemu). Dociągnięty do mojego
minitelewizorka kabel pozwalał czasem obejrzeć zaśnieżony obraz Vivy (głównie
niemieckiej), lub – jeśli wróciłam ze szkoły odpowiednio wcześnie, to jeszcze
przed obieraniem ziemniaków i napaleniem w piecu* załączałam kanały muzyczne w królestwie rodziców i rozkoszowałam się oglądaniem kolorowych teledysków. W tamtych czasach odkryłam
też swój pierwszy telewizyjny aerobik i pani Bojarska-Ferenc może przestać się
rumienić, bo nie o nią chodzi. Na wspomnianym już niemieckim RTLu leciały w
określone dni tygodnia o 7 rano półgodzinne ćwiczenia z takim panem w kolorze
mocno brązowym. Ćwiczenia jego bazowały głównie na boksowaniu i szalenie mi się
podobały, pół godziny ruchu nie polegającego na bieganiu na przeklętym
stadionie poprawiało mi humor, ale jeszcze nie sądziłam, że zaszczepiony mi
zostanie wirus uzależnienia od aktywności fizycznej. Zwłaszcza, że program
szybko zdjęli, a do pani Bojarskiej, która gdzieś tam na rodzimej dwójce
podrygiwała, jakoś nigdy nie byłam się w stanie przekonać. Z całym szacunkiem.
Oczywiście ten typowo rozległy wstęp nie powstał bez
przyczyny J W
czasach nastoletnich bowiem odkryłam, że nie każdy człowiek ma oponę na
brzuchu, ba! Niektórzy mają tam idealne, wręcz wklęsłe płaszczyzny, i wściekle
zazdrosnym wzrokiem obserwowałam pępki Christiny Aguilery i Gwen Stefani, moich ówcześnie dwóch brzusznych ideałów.
To było już w czasach, kiedy bardzo, ale to bardzo
pragnęłam schudnięcia i robiłam sobie krzywdę różnymi głodówkami. Ćwiczenia
pojawiały się również, przy czym jak pomyślę o nich teraz, to śmiać mi się chce
J W momencie, kiedy
tylko odczuwałam ból mięśnia – przestawałam, bo to pewnie sobie szkodzę. Ten
sam ból/napięcie teraz zapowiada początek treningu właściwego, ale wtedy
jeszcze o tym nie wiedziałam, i zadowalałam się dość mało intensywnymi formami
(na plus zaliczam fakt, ze się jednak ruszałam). Ponieważ zadrą w sercu stał mi
jednak ten brzuch, robiłam setki brzuszków. I choćby ten fakt połączony z
drugim, że pierzyna na brzuchu była wciąż taka sama, powinna dać mi wiele do
myślenia. Zresztą taka jestem mądra ale sześciopaka jeszcze nie mam – jednak myślę,
że jest to kwestia głównie błędów dietetycznych. I podkreślam słowo jeszcze –
bo prędzej czy później pierzyna zniknie. Ona jest uparta, ale ja bardziej ;)
wtorek, 7 stycznia 2014
Potejto potato
Pisze się tak samo, wymawia w różny sposób. Potato, tomato, ale to nie o ziemniakach ani
pomidorach będzie ten wpis, lecz o tym, dlaczego między czymś, co nazywa się
podobnie, nie można postawić znaku równości. To tak jak porównać aktora Mroczka (bez urazy,
po prostu to pierwsze, co mi przyszło na myśl) z aktorem Więckiewiczem, albo „pisarkę”
Perfekcyjną Panią Domu (wszak wydała książkę) z Jerzym Pilchem, Mandarynę z
Adele, lub porywając się na zupełne
skrajności, kota moich rodziców z tradycyjnym kotem.
Jako dowód wklejam zdjęcie z kotem moich rodziców. Moje rozmiary od tego czasu poszły w dół, jego- wręcz przeciwnie. Jak mawia Alicja - Miauki to nie kot. To Miauki. Odrębny gatunek.
Niektóre rzeczy, choć podobne z nazwy, różnią się od
siebie radykalnie. Podobnie rzecz ma się ze składnikami odżywczymi, i jest to temat - rzeka, jednak dziś
na tapetę wędruje święta trójca – węgle, białka i tłuszcze.
poniedziałek, 6 stycznia 2014
Z archiwum X. Zapytaj Izoldy.
Od razu mówię, że ten post nie jest pierwszej świeżości, poleżał już swoje w folderze na kompie i zapomniałam o nim na śmierć. Powstał przy okazji wizytowania Górnego Śląska, gdy czekając na moje wiedźmy, siedziałam w McDonalds'ie (hahahaha! tak! Nad czarną kawą, ale czułam się jak szpieg w krainie dreszczowców, bo od zapachów faktycznie miałam dreszcze i to wcale nie przyjemne). Zaczepiona zostałam wtedy przez dwóch żuli i jednego młodziana - mieszkańcy Katowic to bardzo kontaktowi ludzie :)
Subskrybuj:
Posty (Atom)










