Parę razy w życiu zdarzało mi się nie być starą panną z
kotem. Bywałam młodą panną z adoratorem i chomikiem. Nie wiem, na ile kot
zaszkodził memu życiu uczuciowemu, natomiast kilka życiowych doświadczeń
nauczyło mnie, że mężczyźni podchodzą do wielu spraw inaczej, niż kobiety.
Jojczenie im „jestem gruuuuba” nie ma sensu – w zależności od faceta, zacznie
stanowczo zaprzeczać, co wzbudzi nasze wielkie podejrzenia, albo też spojrzy
krytycznie i powie „No... może trochę...”, przez co czeka nas parę dni w
piekielnej otchłani rozpaczy.
piątek, 13 września 2013
poniedziałek, 9 września 2013
Deszcze niespokojne poszarpały świat.
Scenka będzie z życia wzięta, z gatunku tych dla ludzi o
mocnych nerwach (ostatnio tego sporo, może jednak przerzucę się na pisanie
thrillerów?). Człowiek jest na diecie (nie, to jeszcze nie ten mrożący krew w
żyłach element), pilnuje swojego planu treningowego i daje z siebie wszystko
podczas ćwiczeń (nie, to dalej nie to) i nagle bach (to to)! Nadchodzi dzień, kiedy
odpuszcza sobie trening, daje namówić na pizzę i piwo, a później pożera pół słoiczka
nutelli, którą zachomikował na wypadek wojny (wiadomo, wojna to rzecz okropna i
mocno nadwątla życiowy optymizm, nutella byłaby elementem podnoszącym na duchu
i dodającym energii – osobiście uważam, że każda fabryka nutelli powinna mieć
schron gdzie podczas zagrożenia mogliby uciekać ludzie).
piątek, 6 września 2013
Home Versus Gym
Każdy ćwiczący człowiek staje w końcu przed dylematem, czy
lepiej ćwiczyć w domu czy na siłowni. Dziś rozwikłamy ten problem (no dobra, ja rozwikłam!), zestawiając
wady i zalety każdego z rozwiązań.
TRENING W DOMU
ZALETY
Za główną zaletę ćwiczeń w domu osobiscie uznaję fakt, że nie trzeba
golić nóg :) Nie trzeba się stroić, malować, dopieszczać, żeby wszyscy osobnicy
wokół robili „łał” na nasz widok. Prawda, że czasem inni domownicy mogą nas
podejrzeć, ale kaman – rodzice widzieli nas kiedyś na golasa, mąż/żona nawet
całkiem niedawno, a ewentualni lokatorzy nie pozostający z nami w żadnym
rilejszynszipie i tak widzieli nas rano w stanie największego potargania, więc
już gorzej być nie może :) Oszczędzamy też czas, który tracimy na dojazd na
siłownię, zaś osobnicy nie korzystający z darów korporacji mogą uniknąć bulenia
za karnet.
Trening domowy możemy ułożyć sobie dowolnie, wykorzystując posiadany sprzęt, lub bazując na ciężarze własnego ciała. Dla ułatwienia skorzystać możnay z gotowych programów na youtubie, kupionych na dvd – whatever, to rzecz gustu. Polecany jest PX90, T25, programy Jilllian, Zuzki i wiele innych, to kwestia tego, co chcecie osiągnąć :) Grunt to ruszyć tyłek z kanapy :)
Trening domowy możemy ułożyć sobie dowolnie, wykorzystując posiadany sprzęt, lub bazując na ciężarze własnego ciała. Dla ułatwienia skorzystać możnay z gotowych programów na youtubie, kupionych na dvd – whatever, to rzecz gustu. Polecany jest PX90, T25, programy Jilllian, Zuzki i wiele innych, to kwestia tego, co chcecie osiągnąć :) Grunt to ruszyć tyłek z kanapy :)
Zdjęcie: facet.interia.pl
WADY
Mniej sprzętu do wyboru, chyba, że ktoś odpowiednio wcześniej zainwestował pieniążki na McDonaldsa i kupił kilka podstawowych sprzętów, dzięki którym można wykonać całościowy trening, równie dobry jak ten na siłowni. Minusem jest też to, że wiele osób ćwiczących w domu totalnie nie zwraca uwagi na technikę ćwiczeń, a warto jednak poświęcić temu odrobinę czasu, wypróbować najpierw kilka pozycji przed lustrem. Technika jest ważna, bo zapewnia nam maksymalne korzyści z danego ćwiczenia, oraz pomaga nam uniknąć kontuzji.
Mniej sprzętu do wyboru, chyba, że ktoś odpowiednio wcześniej zainwestował pieniążki na McDonaldsa i kupił kilka podstawowych sprzętów, dzięki którym można wykonać całościowy trening, równie dobry jak ten na siłowni. Minusem jest też to, że wiele osób ćwiczących w domu totalnie nie zwraca uwagi na technikę ćwiczeń, a warto jednak poświęcić temu odrobinę czasu, wypróbować najpierw kilka pozycji przed lustrem. Technika jest ważna, bo zapewnia nam maksymalne korzyści z danego ćwiczenia, oraz pomaga nam uniknąć kontuzji.
czwartek, 29 sierpnia 2013
What goes around, turns around. Trening obwodowy, bez Justina niestety.
W weekend ciocia Izolda pierwszy raz w życiu miała okazję
zrobić prawdziwy, zorganizowany trening
obwodowy (w wersji funkcjonalnej). Co prawda bardzo jej to przypominało jej własny trening- killer, z tym, że miało to
między poszczególnymi ćwiczeniami uspokajające cardio, no i jak to w klubie fitness, wykorzystywało więcej
sprzętu i nie była sama w tej słodkiej katordze, byli i pozostali członkowie
Drużyny Pierścienia.
Zaczęło się oczywiście od rozgrzewki. Pani prowadząca
energicznie kazała nam machać czym popadnie, oczywiście we właściwy sposób i w
odpowiedniej kolejności. Rozgrzewka jak rozgrzewka, nie wykończyła nas zbytnio,
więc patrzyliśmy na siebie spojrzeniami mówiącymi „i o co było tyle krzyku?”.
Krzyk zaczął się później, jak już zobaczyliśmy, co jest na której stacji. O ile
ćwiczenia na nogi (typu wbieganie na step czy włażenie na podest) to nie taki
znów problem, to ilość pompek mnie nie zachwyciła... a nie ma to tamto, jak się
robi to się robi, a jak się nie robi to pani krzyczy. Co gorsza, jak człowiek
ma słabą technikę to krzyczy również. Przysiad ze sztangą spoko, aczkolwiek
wtedy trudniej jest utrzymać kolana jak trzeba. Pompka odwrotna na triceps dała
mi po nosie ze względu na swoje tempo (pani krzyczała tempo, tempo, tempo, była
jak Jillian!) Było mi nieco szkoda, że trening skończył się dość szybko, ale
odczułam co trzeba. Całkiem nieźle jak na dzień regeneracji.. bo to właśnie
było w planie, ale znowu w życiu mi nie wyszło ;-)
wtorek, 27 sierpnia 2013
Post obrazkowy #2: Migawki z wojaży (czyt. włajaży).
Podczas mojej przydługiej nieobecności napisałam kilka postów, które tkwią w drugim komputerze i nie chcą wyjść. I jeden tkwi na kartce z zeszytu, napisany został w pociągu i przeczytany przez wścibską sąsiadkę, zapuszczającą żurawia. Bardzo nieładnie, proszę pani!
Przyodziawszy zatem wieczorne tekstylia i wyłączywszy na chwilę plik pracowy (jak ja kocham deadliny, człowiek urabia sobie ręce po łokcie, kąpie się w kawie*, bo może akurat wchłonie się przez skórę i przyspieszy krążenie, pobudzając parującą mózgownicę?), stwierdziłam, że można by znów stworzyć post obrazkowy.
wtorek, 20 sierpnia 2013
Miał być łabędź, wyszedł struś.
W Internecie huczy o tym, że Meksykański żigolo okazał się lordem
Vaderem chorzowskiego kibola i porobiły się Gwiezdne Wojny. Pani Gronkiewicz- Walz
pakuje zabawki, bo chcą jej w październiku zrobić referendum, gdyż nikt w
Warszawie jej nie lubi. Co do innych niusów stołecznych, od piątku nasza duma i
chluba, linia metra numer 1, znów ma funkcjonować w pełnej krasie. Na Pudlu
nuda, a to biust Ewy Chodakowskiej, a to Shakira dumna ze swojego tyłka – nic
nowego.
Panie i Panowie, jest dwudziesty dzień sierpnia (no, ma się już ku końcowi, ale
zawsze), ptaszki nam ładnie śpiewały, temperatura za moim oknem wynosi w tym
momencie 20 stopni Celsjusza a imieninową popijawę zaczynają Bernard, Samuel, Sobiesław, Sabin, Sara, Jan
i Samuela (jak ktoś zna i nie ma ochoty spędzić wieczoru przy herbacie, to
się może wpraszać J
).
Postanowiłam więc podsycić emocje i dodać posta. Długi nie
będzie, bo doświadczenie nauczyło mnie, że ludzie i tak lecą na obrazki. Jak na
portalach randkowych, jak nie ma zdjęcia, to nikt nie przeczyta nawet, czy
interesujecie się karmą dla królików czy życiem płciowym fretek. No, tu jeszcze
dochodzi konieczność estetyki, zrobienia duck-face, ewentualnie przyjęcia
kuszącej pozy na tle mebli z czasów Gomułki lub dywanie z Simbą z Króla Lwa.
Jak to mówią, hakuna matata ;)
Zabieram Was teraz w podróż w czasie. Nie wynika to z mojej
ogromnej potrzeby, ale z faktu, iż podczas mojej krótkiej blogerskiej kariery
usłyszałam już zarzut, że tak tylko gadam, a gruba pewnie nigdy nie byłam (od
razu uściślam: otyła nie byłam faktycznie, ale nadwagę miałam solidną, 82 kilo dla osoby o moim wzroście wykracza poza normę a mięśnie to nie były).
Pozastanawiałam się więc trochę i stwierdziłam, że co mi tam. Póki co nie
wrzucam jednak zdjęcia sześciopaka, bo wciąż jeszcze otacza go pierzyna, którą
nie wiem jak napiąć. Ale wrzucę, jak się już dowiem ;)
[O! Właśnie, tak a propos metamorfoz, czasami należy pokłócić się z Bozią, że
ten kolor włosów, który Wam dała, to niekoniecznie była jej najlepsza decyzja –
czego jestem przykładem. No umiejętność
posługiwania się lakierem do włosów tez zrobiła swoje].
No dobra, nie ma co przedłużać. Moje przed i po (buzi nie zaklejam, bo i po co, i tak udostępniam to wszystko znajomym, więc kto mnie zna, to wie jak wyglądam (odkrywcze - dop.red.), a kto mnie nie zna a rozpozna na ulicy - może śmiało prosić o autograf!)
sobota, 17 sierpnia 2013
Ja noszę dres, dres fajny jest!
Dawno, dawno temu dostawałam spazmów przed wystawami Kazara i Gino Rossi. Efektem tych spazmów było zazwyczaj poważne nadszarpnięcie budżetu i zaopatrzenie się w kolejną parę trzynastocentymetrowych szpilek, które owszem, wyglądają bosko, ale nadają się tylko na tak zwane wielkie wyjścia (dosłownie wielkie, zakładając je dobijam prawie do 190 cm ;) ), ale są tak śliczne...
Ostatnio takich spazmów doznaję jednak w zgoła innych miejscach.
Nie, nie mówimy tu o Cheescake Corner, ani o Coffee Heaven (R.I.P. my Tiger Chai Latte - odkąd dowiedziałam się, że masz 420 kcal w średniej porcji - 17 gram tłuszczu, 16 białka i 52 węgli - wiedziałam, że nasze drogi muszą się rozejść...) /tu biedna Izolda spojrzała ze smutkiem i na swoją czarną jak smoła kawę, którą tak naprawdę kocha, ale nie oszukujmy się, facet na koniu z reklamy Old Spice uświadomił nam o co cho, wystarczy to przełożyć na grunt kawowy ;) /
Wracając do tematu spazmów, bo lekko zboczyłam z kursu - teraz szlocham i wołam o pomstę do wszystkich bóstw opiekujących się moim portfelem (tak naprawdę opiekują się nim jakieś podstępne, złodziejskie gnomy :P ) przed wystawami Nike, Adidasa, Reeboka, City Sporta... Zwłaszcza w tym ostatnim czasem udaje mi się złowić coś fajnego. Pomimo, że wszystkie one obfitują w naprawdę piękne kolekcje, wyglądające jak ósmy cud fitnessowego świata, to jednak ceny powalają, nie każdego stać. Z zachwytem przyjmuję propozycje sieciówek, które również wprowadzają na rynek linie sportowe, jednym z moich faworytów jest tu H&M, z którego pochodzi kilka moich ulubionych spodenek, koszulek, sportowych biustonoszy i absolutnych faworytów - bluzek z wbudowanymi stanikami, dzięki którym świat stał się lepszym miejscem ;)
Ostatnio takich spazmów doznaję jednak w zgoła innych miejscach.
Nie, nie mówimy tu o Cheescake Corner, ani o Coffee Heaven (R.I.P. my Tiger Chai Latte - odkąd dowiedziałam się, że masz 420 kcal w średniej porcji - 17 gram tłuszczu, 16 białka i 52 węgli - wiedziałam, że nasze drogi muszą się rozejść...) /tu biedna Izolda spojrzała ze smutkiem i na swoją czarną jak smoła kawę, którą tak naprawdę kocha, ale nie oszukujmy się, facet na koniu z reklamy Old Spice uświadomił nam o co cho, wystarczy to przełożyć na grunt kawowy ;) /
Wracając do tematu spazmów, bo lekko zboczyłam z kursu - teraz szlocham i wołam o pomstę do wszystkich bóstw opiekujących się moim portfelem (tak naprawdę opiekują się nim jakieś podstępne, złodziejskie gnomy :P ) przed wystawami Nike, Adidasa, Reeboka, City Sporta... Zwłaszcza w tym ostatnim czasem udaje mi się złowić coś fajnego. Pomimo, że wszystkie one obfitują w naprawdę piękne kolekcje, wyglądające jak ósmy cud fitnessowego świata, to jednak ceny powalają, nie każdego stać. Z zachwytem przyjmuję propozycje sieciówek, które również wprowadzają na rynek linie sportowe, jednym z moich faworytów jest tu H&M, z którego pochodzi kilka moich ulubionych spodenek, koszulek, sportowych biustonoszy i absolutnych faworytów - bluzek z wbudowanymi stanikami, dzięki którym świat stał się lepszym miejscem ;)
środa, 14 sierpnia 2013
Post na poważnie. Live your dream and share your passion...
Dziś po treningu, pod prysznicem (wszyscy wiedzą, że pod prysznicem myśli się najlepiej; kiedyś wymyślą wodoodpornego laptopa i spłodzę takie dzieło, że od razu zdobędzie literackiego Nobla, zobaczycie!) zadałam sobie jedno proste pytanie: po co to robię?
Nie prysznic oczywiście, problemu higieny rozstrząsać chyba nie muszę, tych, którzy jeszcze kwestionują takie podstawy, odsyłam do piosenki Fasolek ;)
Dlaczego ćwiczę...? Pomijam kwestię samopoczucia, endorfin, próżności i innych oczywistości, które dotyczą chyba każdego, kto stara się być fit. Prawda zawsze ukryta jest gdzieś głębiej, zawsze jest ten faktor X, który jst zasadniczą przyczyną naszych działań.
I po głebszym zastanowieniu doszłam do wnosku, że tu chodzi o kontrolę. Moje ciało zawiodło mnie już na tak wielu frontach (nie mówię tu tylko o wyglądzie, ciało to maszyna, której części lubią sie psuć - kto mnie zna, wie o co chodzi, nieznajomym muszą wystarczyć ogólniki)... Tyle razy doprowadzało mnie do wściekłości, rozpaczy, furii.. Kulminacją był lipiec zeszłego roku, kiedy sprawdziło się stwierdzenie, że "you never know how strong you are, until being strong is the only choice left".
Kontrola. Choć w tym jednym aspekcie mogę zarządzać moim ciałem jak chcę. Dostarczać mu paliwa, cieszyć ćwiczeniami, doprowadzać do granic wytrzymałości i przetrwać. To przygotowuje mnie, również psychicznie, na nadchodzących kilka miesięcy, które będą niezłą próbą. Muszę być silna. A z każdą pompką, z każdym przysiadem, których nie mam już siły robić, czuję się slniejsza również w środku. Bo wtedy wiem, że mogę wszystko.
Może właśnie dlatego uwielbiam mega forsowne interwały i długodystansowe biegi... Kiedyś nie byłabym w stanie bez zatrzymania przebiec dwóch kilometrów, teraz nawet kilkanaście nie stanowi problemu. Kiedyś nie weszłabym na Chełmiec w mniej niż dwie godziny, a ostatnio na niego wbiegłam (licząc od domu na szczyt góry, 40 minut - może czasowo żadna rewelka, ale sam fakt...)
Sport jest moją pasją, która napędza mnie do działania. Pozwala przetrwać każdy kolejny koszmarny dzień, kolejną wizytę u lekarza okraszoną porcją rewelacji, po których wracam do domu i okładam pięściami bogu ducha winną poduszkę. Wstaję, wkładam dres i ćwiczę do momentu, gdy endorfiny zrobią swoje, na twarzy pojawia się banan, i wiem, że przetrwam.
Nie prysznic oczywiście, problemu higieny rozstrząsać chyba nie muszę, tych, którzy jeszcze kwestionują takie podstawy, odsyłam do piosenki Fasolek ;)
Dlaczego ćwiczę...? Pomijam kwestię samopoczucia, endorfin, próżności i innych oczywistości, które dotyczą chyba każdego, kto stara się być fit. Prawda zawsze ukryta jest gdzieś głębiej, zawsze jest ten faktor X, który jst zasadniczą przyczyną naszych działań.
I po głebszym zastanowieniu doszłam do wnosku, że tu chodzi o kontrolę. Moje ciało zawiodło mnie już na tak wielu frontach (nie mówię tu tylko o wyglądzie, ciało to maszyna, której części lubią sie psuć - kto mnie zna, wie o co chodzi, nieznajomym muszą wystarczyć ogólniki)... Tyle razy doprowadzało mnie do wściekłości, rozpaczy, furii.. Kulminacją był lipiec zeszłego roku, kiedy sprawdziło się stwierdzenie, że "you never know how strong you are, until being strong is the only choice left".
Kontrola. Choć w tym jednym aspekcie mogę zarządzać moim ciałem jak chcę. Dostarczać mu paliwa, cieszyć ćwiczeniami, doprowadzać do granic wytrzymałości i przetrwać. To przygotowuje mnie, również psychicznie, na nadchodzących kilka miesięcy, które będą niezłą próbą. Muszę być silna. A z każdą pompką, z każdym przysiadem, których nie mam już siły robić, czuję się slniejsza również w środku. Bo wtedy wiem, że mogę wszystko.
Może właśnie dlatego uwielbiam mega forsowne interwały i długodystansowe biegi... Kiedyś nie byłabym w stanie bez zatrzymania przebiec dwóch kilometrów, teraz nawet kilkanaście nie stanowi problemu. Kiedyś nie weszłabym na Chełmiec w mniej niż dwie godziny, a ostatnio na niego wbiegłam (licząc od domu na szczyt góry, 40 minut - może czasowo żadna rewelka, ale sam fakt...)
Sport jest moją pasją, która napędza mnie do działania. Pozwala przetrwać każdy kolejny koszmarny dzień, kolejną wizytę u lekarza okraszoną porcją rewelacji, po których wracam do domu i okładam pięściami bogu ducha winną poduszkę. Wstaję, wkładam dres i ćwiczę do momentu, gdy endorfiny zrobią swoje, na twarzy pojawia się banan, i wiem, że przetrwam.
sobota, 10 sierpnia 2013
Panienka z okienka. Anabolicznego.
Było o IG, więc naturalną koleją rzeczy musi być o oknie anabolicznym. Temat jak dla mnie ciekawy, bo wiele osób wpisuje go w kategorię mitów treningowych, jeszcze inni stawiają je na piedestale prawie na równi z Dylanem/Kelly z "Beverly Hills 90210" (i tu młodsze pokolenia robią wielkie oczy, bo nie mają pojęcia o co cho; droga młodzieży, to taki serial z czasów, kiedy my, starzy ludzie byliśmy jeszcze pozbawieni zmarszczek, a nasze mamy zestawiały bardzo pumpiaste spodnie z poduszkami w ramionach marynarki i fryzurą bardzo w stylu afro).
wtorek, 6 sierpnia 2013
IG czyli Izolda Gawędzi
Gdy pierwszy raz usłyszałam „indeks glikemiczny”, pomyślałam,
że to jakieś rififafa, wymyślili sobie jakieś utrudnienie by zatruwać ludziom
życie. Niestety, im bardziej zgłębiałam się w temat, tym bardziej byłam
przekonana, że rififfafa to ogromne fooopaaaaa z mojej strony, a dowody naukowe niezbicie
świadczą, że coś w tym IG jest.
Indeks Glikemiczny to nic innego, niż wskaźnik zawartości
cukrów w danym produkcie spożywczym. Liczba, którą przypisuje się do danego
produktu oznacza procent, o jaki wzrośnie poziom glukozy w naszej krwi, po zjedzeniu
50 gram danego posiłku (ja do tej pory nadążam, Wy też powinniście, hocki
klocki zaczną się później). (O teraz :P ). Jeśli dany produkt ma IG równe 90 tzn., że po spożyciu 50 gram danego
produktu, poziom glukozy wzrośnie o 90 procent w stosunku do tego jak po
spożyciu 50 gram czystej glukozy. Pomijając cały proces tłumaczenia, co dzieje
się w międzyczasie - suma sumarum zbyt wysokie stężenie cukru we krwi powoduje
duży wyrzut insuliny, która spowalnia proces spalania tłuszczu i sprzyja
magazynowaniu go w komórkach ciała. Ponadto produkty o wysokim IG zaostrzają
apetyt, więc jemy częściej i tyjemy. Niski indeks glikemiczny z kolei powoduje
mały wyrzut insuliny, w związku z czym dłużej jesteśmy syci, a jedzenie trawimy
powoli i dokładnie.
Produkty spożywcze możemy podzielić na te, o wysokim IG
(powyżej 75), IG średnim (50-75) oraz niskim (poniżej 50). Wpływ wysokiego IG
neutralizuje błonnik (który spowalnia wchłanianie cukrów do krwioobiegu), ponoć dobrze wysokoindeksowe potrawy łączyć też z białkiem.
Subskrybuj:
Posty (Atom)

