Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze fitnessy nie były mi w
głowie, za to bardzo chciałam być chuda, nosić rozmiar 36 i generalnie być jak
modelka, smukła, zwiewna i eteryczna, uważałam, że odstający tyłek to mój
wielki problem. Bo wiecie, założyłam obcisłą spódnicę, a tu jakieś
wybrzuszenia. Pomijam już fakt, że z przodu były one obecne również, i nie
mówię tu o biuście, który akurat z racji tuszy był raczej słuszny (tęsknię za
nim teraz, ale niestety, staniki z tamtego okresu mogłyby mi co najwyżej
posłużyć do konstrukcji procy). Pożądałam więc płaskiego brzucha, takiegoż
tyłka i zupełnie nie rozumiałam tych wszystkich stwierdzeń, że kobieta musi
mieć na czym siedzieć. Przecież na płaskim też można siedzieć, prawda?
Minęły lata, naście lat nawet, bo opowiadam tu dzieje gdy
wiekowo było mnie połowę mniej, a słowo zmarszczki wydawało się równie odległe,
jak dinozaury, choć oczywiście w drugą stronę, bo dinozaurów już nie ma a zmarszczki są znacznie bliżej, niż na horyzoncie. Marzenia o płaskim tyłku zniknęły, pojawiło się pragnienie odwrotne - i tu nagle okazało się, że to, co samoistnie
egzystowało w latach młodszych, teraz jest znacznie trudniejsze do
wypracowania. Jak by nie było, pracując ileś godzin dziennie przed komputerem
spłaszczamy co nieco. Że nie wspomnę o tych setkach rewelacyjnych,
młodzieńczych pomysłów typu dieta kopenhaska czy tysiąca kalorii, kręcenia
godzin cardio i tylko cardio - bootykillers.









