O targach FIWE
słyszał chyba każdy zapaleniec fitnessu, więc jeśli jesteś w tym miejscu i
czytasz moją skromną relację, nie muszę Ci ich przedstawiać. Na swoim pierwszym
FIWE byłam 3 lata temu, jednakże bardziej służbowo i 90% czasu spędziłam w hali
ze sprzętem fitness.
Według planu wejściówkę miałam wygrać w rodzimej siłowni,
niestety okazało się, że dość mała ich pula była do rozdzielenia na kilkanaście
klubów w całej Polsce, więc mój skromny wynik choć drugi na siłce, z łatwością
został pobity gdzieś tam na Mazowszu (rzecz dotyczyła wiszenia na drążku). Dogadałam
się zatem z towarzyszem podróży i postanowiliśmy odwiedzić targi w sobotę.
Dojazd
Po godzinie 10 korek
w okolicach EXPO był większy, niż mój brzuch na solidnej masie. Żeby
znaleźć miejsce do zaparkowania, trzeba było albo cudu, albo jednak wybrania
się tam na 9 (ale o tej porze brałam rozbudzający prysznic przed kawą, więc ta
opcja zdecydowanie odpadła). Spędziliśmy więc urocze 40 minut w owym potężnym
korku, po czym zaparkowawszy gdzieś w równie solidnej kałuży, wybraliśmy się na
zwiedzanie FIWE.









