Kobiety dużo gadają.
Jako osoba małomówna* nie do końca zgadzam się z tym twierdzeniem, aczkolwiek taki właśnie sąd został rzucony na płeć piękną i nie zamierzam z nim walczyć. Ba! Cieszę się, że takie nadmiernie gadające istnieją, bo przy nich ja, mało mówiąca, wychodzę na anioła ;)
* Pomijając pewne krakowskie incydenty, gdzie przy nikłej zachęcie współtowarzyszy gadałam trzy godziny bez przerwy - po dwóch zorientowałam się, że ludzie patrzą na mnie z otępiałym wyrazem twarzy a jeden z kolegów ma mord w oczach. Zreflektowałam się. Zamilknięcie zajęło mi kolejną godzinę ;)
Tak czy owak, gdy słowa znikają, pojawiają się obrazki. Mało tego było ostatnio, większość internetowa, a dziś poczęstuję Was własnymi zdjęciami, postaram się, by były choć troszkę chronologiczne. Albo nie, tematyczne! Będą tematyczne :)
Część I. Rzym.
W tym roku, zamiast tradycyjnego biegania z koszyczkiem pełnym jajek, wybrałam bieganie po Rzymie. Mój uroczy współtowarzysz podróży w wielkanocny poniedziałek karmił mnie lodami, bym choć na chwilę usiadła i dała odpocząć jego zmęczonym po niedzielnym wędrowaniu nogom. To jego wina. Ostrzegałam, że lubię się ruszać a w tak pięknym otoczeniu byłam niemal jak króliczek z reklamy Duracella ;)
poniedziałek, 12 maja 2014
niedziela, 4 maja 2014
Udost.?
Przyszła majówka, postanowiłam podzielić się zdjęciami, a tymczasem przyszło również kilka wiadomości do Lets FIT Together i zdjęcia poczekają na kolejny post, zaś ja tu jestem zmuszona wyrazić swoje skromne zdanie. Temat? Jak w tytule. Wypowiadałam się o tym wielokrotnie na fejsbuczkowym forum, ale to umyka gdzieś tam w cyberprzestrzeni, więc rozwijam temat tu - nie zginie, a będę mogła go wyciągać na światło dzienne od czasu do czasu.
W świecie społecznościówek liczba like'ów i followerów do rzecz dla danej strony kluczowa. Tak uczą wszelkie poradniki marketingu społecznościowego, wieści z Newsletterów PR-owych i innych cudów obeznanych w temacie. Nie śmiem się z tym sprzeczać.
Dla mnie każdy "like", jaki dostaję na facebooku, każdy komentarz zostawiony na blogu, każdy kolejny obserwator, jest powodem do radości i pewnej dumy. Oto ktoś zechciał mi zaufać, uważa, że mam coś wartościowego do przekazania i chce podążać ze mną fit-ścieżką. Za każdy wyraz sympatii i zaufania szalenie dziękuję - bo dzięki Wam chce mi się dalej działać :) Lowja :)
W miarę jednak, jak rośnie ilość czytelników, rośnie tez ilość wiadomości, w których nowo powstałe strony proszą o udostępnienie. Ba! strony mające po parę tysięcy lików piszą z prośbą o udostępnienie kusząc "mi się opłaci i Tobie też". Po czym wchodzę na stronę, a tam albo poziom, do którego się trzeba schylić, albo same obrazki wrzucane w ilości hurtowej i zero treści, albo w ogóle nie wiadomo co. Zgroza mnie tez ogarnia, bo zdarza się, ze na stronach, które dotąd lubiłam widzę pod "udost?" odpowiedź "ok, ale Ty najpierw". Serio? Aż tak bardzo zależy Wam na klikalności..? Bo moim zdaniem dobry blog lub fanpejdż jednak broni się treścią. Nie ilość, a jakość, prawda?
Udostępniając taką stronę moim czytelnikom, niejako się pod nią podpisuję... i dlatego chcę po raz kolejny podkreślić, że nie wchodzę w takie układy. Idąc jednak za tropem Maćka, o którym będzie i niżej, chciałabym udostępnić Wam kilka fanpejdży, na które naprawdę lubię zaglądać. Listę blogów macie na dole mojego, z prawej strony - więc siłą rzeczy, je również polecam. Część z fanpejdżowiczy również blogi posiada, ale nie każdy - jednak bez względu na stan blogoposiadania potrafią nieźle zmotywować. To są ludzie, którzy mnie motywują, inspirują, których darzę sympatią i polecam z całego serca. Trochę ich jest :) Od razu zaznaczam, że
a) kolejność jest przypadkowa,
b) to, że jakiegoś fanpejdża tu nie ma nie oznacza, że go nie lubię, nie cenię bądź nie oglądam. Może być, że po prostu obserwuję go dopiero od niedawna? Albo nie zdążyłam jeszcze odwiedzić? Jeśli tak, zaproś mnie do siebie - to traktuję z sympatią i nie odmawiam :)
Przedstawiam Wam, z prawdziwą przyjemnością, moich fi-najulubieńszych :)
W świecie społecznościówek liczba like'ów i followerów do rzecz dla danej strony kluczowa. Tak uczą wszelkie poradniki marketingu społecznościowego, wieści z Newsletterów PR-owych i innych cudów obeznanych w temacie. Nie śmiem się z tym sprzeczać.
Dla mnie każdy "like", jaki dostaję na facebooku, każdy komentarz zostawiony na blogu, każdy kolejny obserwator, jest powodem do radości i pewnej dumy. Oto ktoś zechciał mi zaufać, uważa, że mam coś wartościowego do przekazania i chce podążać ze mną fit-ścieżką. Za każdy wyraz sympatii i zaufania szalenie dziękuję - bo dzięki Wam chce mi się dalej działać :) Lowja :)
W miarę jednak, jak rośnie ilość czytelników, rośnie tez ilość wiadomości, w których nowo powstałe strony proszą o udostępnienie. Ba! strony mające po parę tysięcy lików piszą z prośbą o udostępnienie kusząc "mi się opłaci i Tobie też". Po czym wchodzę na stronę, a tam albo poziom, do którego się trzeba schylić, albo same obrazki wrzucane w ilości hurtowej i zero treści, albo w ogóle nie wiadomo co. Zgroza mnie tez ogarnia, bo zdarza się, ze na stronach, które dotąd lubiłam widzę pod "udost?" odpowiedź "ok, ale Ty najpierw". Serio? Aż tak bardzo zależy Wam na klikalności..? Bo moim zdaniem dobry blog lub fanpejdż jednak broni się treścią. Nie ilość, a jakość, prawda?
Udostępniając taką stronę moim czytelnikom, niejako się pod nią podpisuję... i dlatego chcę po raz kolejny podkreślić, że nie wchodzę w takie układy. Idąc jednak za tropem Maćka, o którym będzie i niżej, chciałabym udostępnić Wam kilka fanpejdży, na które naprawdę lubię zaglądać. Listę blogów macie na dole mojego, z prawej strony - więc siłą rzeczy, je również polecam. Część z fanpejdżowiczy również blogi posiada, ale nie każdy - jednak bez względu na stan blogoposiadania potrafią nieźle zmotywować. To są ludzie, którzy mnie motywują, inspirują, których darzę sympatią i polecam z całego serca. Trochę ich jest :) Od razu zaznaczam, że
a) kolejność jest przypadkowa,
b) to, że jakiegoś fanpejdża tu nie ma nie oznacza, że go nie lubię, nie cenię bądź nie oglądam. Może być, że po prostu obserwuję go dopiero od niedawna? Albo nie zdążyłam jeszcze odwiedzić? Jeśli tak, zaproś mnie do siebie - to traktuję z sympatią i nie odmawiam :)
Przedstawiam Wam, z prawdziwą przyjemnością, moich fi-najulubieńszych :)
piątek, 2 maja 2014
Na dywanik!
W życiu tylko raz (odpukać) wylądowałam na dyrektorskim dywaniku. Było to w pierwszym semestrze siódmej klasy szkoły podstawowej (tak, jestem z 'tych, którzy szli starym trybem'), kiedy to podczas przerwy pobiłam się z kolegą. Tzn... pobiłam... To za duże słowo, ale z obu stron doszło do kontaktu fizycznego, który trudno porównać do głaskania. Wszystko skończyło się obniżoną oceną z zachowania, a ostatecznie prawie happy endem - z kolegą chodziłam potem także do liceum i trudno powiedzieć, że nie żywiłam do niego sympatii. Pomimo wszystko to był bardzo fajny chłopak, możliwe, że jest nadal, nie wiem - po maturze kontakt nam się urwał i żadne nasze klasy i fejsbunie tego nie zmieniły.
Także tego... miejcie to na uwadze, gdy zechcecie ze mną zadzierać ;)
Temat dywanika wziął się stąd, że postanowiłam przybliżyć Wam moich ulubionych trenerów internetowych, z którymi ćwiczyć lubię - zwłaszcza, gdy nie mogę iść na siłownię a nie chce mi się wymyślać swoich ćwiczeń. Zanim jednak do nich przystąpię, polecę hejtem....
Także tego... miejcie to na uwadze, gdy zechcecie ze mną zadzierać ;)
Temat dywanika wziął się stąd, że postanowiłam przybliżyć Wam moich ulubionych trenerów internetowych, z którymi ćwiczyć lubię - zwłaszcza, gdy nie mogę iść na siłownię a nie chce mi się wymyślać swoich ćwiczeń. Zanim jednak do nich przystąpię, polecę hejtem....
wtorek, 29 kwietnia 2014
Neverending Story. Dieta.
"Izoldo, ratuj! Potrzebna mi dieta, ułożysz mi coś?"
To pytanie słyszę średnio raz w tygodniu. Z jednej strony jest mi miło, bo skoro ludzie widząc mnie prosza o dietę, to primo - uważają, że się zdrowo odżywiam, secundo - uważają, że to odżywianie ma jakieś przełożenie na sylwetkę, co jest mocno budujące w chwilach zwątpienia, podsycanym stojącym pod dużym znakiem zapytania sezonem bikini.
Z drugiej strony mam uczucie, jak bym waliła głową w mur, bo powtarzam w kółko to samo, to samo, to samo... Jak ten chomik w kółku.
Nie jestem dietetykiem. Staram się jak mogę, doradzając w kwestiach żywnościowych, ale ułożenie szczegółowego jadłospisu nakierowanego na konkretne problemy zdrowotne przekracza moje kompetencje. Dlatego jeszcze raz, powoli i wyraźnie, na ile pozwala mi na to komputer i cała reszta technologii, przekazuję podstawowe zasady.
Po pierwsze, odsyłam do lektury kilku wcześniejszych postów:
- Potejto, potato - w którym wyjaśniam konkretnie rzecz węglowodanów, białek i tłuszczy.
- IG czyli Izolda Gawędzi oraz Luz Maria czyli telenowela o Indeksie Glikemicznym, odcinek 86373 , jak już nazw wskazują, zabiorą Was one do tajemniczego świata indeksów glikemicznych.
- Co pić? - człowiek nie wielbłąd, pić musi. Hiper, Hipo i Izotoniki.
- Elementy w skali makro. Potas, sód, fosfor, wapń, magnez - gdzie są i jak działają.
- Nic nie jem i nie chudnę! - czyli najczęściej popełniane błędy - tytuł mówi sam za siebie.
piątek, 25 kwietnia 2014
Join us! Wspólny trening! :)
Założenie jest proste – jako, że moja skromna strona nazywa się „Lets FIT Together” i ostatni człon jakoś zobowiązuje, chciałabym, byśmy codziennie wspólnie wykonywali jakiś trening. Oczywiście w jednym czasie raczej się nie uda, każde z nas ma swoje życie i inny rozklad dnia, natomiast fajnie jest pomyśleć, że gdzieś tam Miętówka też męczy ramiona, i że nie tylko mój brzuch dostaje dziś dodatkową porcję ćwiczeń :) [brzucha nadesłano dużo, więc będzie zmęczony ;) ]
Treningi mają być w miarę krótkie, tak, żeby stanowiły atrakcję dodatkową, nie zaburzając Wam Waszych indywidualnych planów treningowych. Mają być raczej formą zabawy i poczucia, że ćwiczymy razem :)
Zaczynamy 5 maja (bo na długi weekend pewnie część z Was wyjeżdża).
Całą rozpiskę znajdziecie tu (https://docs.google.com/
Dodatkowo w dokumencie z linka możecie wpisać się jako uczestnicy (druga zakładka), jeśli chcecie – możecie się tam podlinkować, żeby było wiadomo who is who (ale nie jest to obowiązek ;) ). W tabeli wpisujecie krzyżyk, jeśli trening zrobicie i zostawiacie pole puste, jeśli tego dnia nie dacie rady poćwiczyć.
Who is in? :) TU link to wydarzenia na facebooku.
ZAPRASZAM :) :) :)
Ps. A jeśli będziecie chcieli by wydarzenie trwało dalej... możecie propozycje wpisywać w kolejnych datach (to też sugestia dla tych, którym wysłanie treningu umknęło :) )
wtorek, 22 kwietnia 2014
Goodbye Cellulite
Pamiętacie post o cellulicie recydywiście?
Z racji tego, że niedługo wróci lato i trzeba będzie włożyć szorty (bo nie wierzę, że ktoś mógłby wytrzymać w grubych rajtach i obciskającej bieliźnie w trzydziestostopniwym upale), temat znów wraca na tapetę. Możemy sobie co prawda wmawiać, że to nie cellulit lecz sposób, w jakim nasze ciało mówi "Jestem sexi" w braillu, ale możemy też spojrzeć prawdzie w oczy i zmierzyć się z faktem, że jeśli nasze ciało będzie wyglądało jak siedzenie skórzanego, nabijanego guzikami fotela, to nawet robotnicy na budowie się na naszymi nogami w szorty odzianymi nie obejrzą. A bozia mi świadkiem, że ich uwaga jest tym, czym sobie niemal zawsze można podnieść samoocenę zakładając spódniczkę.
Nie działa to jednak w przypadku panów, więc muszą sobie znaleźć inny sposób na dopieszczenie próżnego ego :)
Jakiś czas temu poproszono mnie o przetestowanie systemu Drenafast, działającego między innymi na cellulit właśnie. Pocieszam się, że nie napisano, że wybrano mnie ze względu na to, że cellulit wyziera z każdego kąta zamieszczonych w sieci moich fot, ale dlatego, bo system ten u osób prowadzących aktywny styl życia daje szybsze rezultaty. Pewnie to prawda, bo jak wiemy, bez właściwej diety i ruchu, możemy się smarować czym chcemy, a i tak zaprzepaścimy te litry maści kremów.
Życie jednak potoczyło się tak, że podczas testowania wdarła mi się operacja, rekonwalescencja i smarowanie było mi nie w głowie. Rozłożyłam je zatem na dwie w miarę podobne w długości części i oto wnioski. Od razu mówię, że pozytywne - choć miałam nadzieję, że może będzie się do czegoś, poza ceną, przyczepić ;)
Drenafast nie jest tylko żelem - składa się z dwóch produktów, dzięki którym możemy zaatakować podstępne złogi zarówno od zewnątrz, jak i od środka.
Z racji tego, że niedługo wróci lato i trzeba będzie włożyć szorty (bo nie wierzę, że ktoś mógłby wytrzymać w grubych rajtach i obciskającej bieliźnie w trzydziestostopniwym upale), temat znów wraca na tapetę. Możemy sobie co prawda wmawiać, że to nie cellulit lecz sposób, w jakim nasze ciało mówi "Jestem sexi" w braillu, ale możemy też spojrzeć prawdzie w oczy i zmierzyć się z faktem, że jeśli nasze ciało będzie wyglądało jak siedzenie skórzanego, nabijanego guzikami fotela, to nawet robotnicy na budowie się na naszymi nogami w szorty odzianymi nie obejrzą. A bozia mi świadkiem, że ich uwaga jest tym, czym sobie niemal zawsze można podnieść samoocenę zakładając spódniczkę.
Nie działa to jednak w przypadku panów, więc muszą sobie znaleźć inny sposób na dopieszczenie próżnego ego :)
Jakiś czas temu poproszono mnie o przetestowanie systemu Drenafast, działającego między innymi na cellulit właśnie. Pocieszam się, że nie napisano, że wybrano mnie ze względu na to, że cellulit wyziera z każdego kąta zamieszczonych w sieci moich fot, ale dlatego, bo system ten u osób prowadzących aktywny styl życia daje szybsze rezultaty. Pewnie to prawda, bo jak wiemy, bez właściwej diety i ruchu, możemy się smarować czym chcemy, a i tak zaprzepaścimy te litry maści kremów.
Życie jednak potoczyło się tak, że podczas testowania wdarła mi się operacja, rekonwalescencja i smarowanie było mi nie w głowie. Rozłożyłam je zatem na dwie w miarę podobne w długości części i oto wnioski. Od razu mówię, że pozytywne - choć miałam nadzieję, że może będzie się do czegoś, poza ceną, przyczepić ;)
Drenafast nie jest tylko żelem - składa się z dwóch produktów, dzięki którym możemy zaatakować podstępne złogi zarówno od zewnątrz, jak i od środka.
piątek, 18 kwietnia 2014
Not Friends With That Monster
Znane powiedzonko mówi, że kochanego ciała nigdy za wiele. Niby tak, sama wolę się przytulać do ciała niż do kości (taka trauma po obejmowaniu niezwykle chudej i kościstej koleżanki - zawsze witając się z nią miałam wrażenie, że przy okazji ją uszkodzę i będzie akcja z wzywaniem pogotowia i wypłacaniem odszkodowania), a jednak jeśli ta za duża ilość ciała ulewa się bokiem, to nie jest dobrze.
Z angielska zwane słodko "love handles", choć moim zdaniem "muffin top" jest nieco bardziej akuratny, pomimo, że on akurat tyczy się całych obwodów brzusznych. W swojskiej polszczyźnie brzydactwo to zwane jest boczkami.
Definicja boczków jest prosta - przyspawana na mur beton warstwa tłuszczu osadzona po bokach tułowia, w części nieco bardziej tylnej. Odporna na masaże, bicze i inne drastyczne metody, mające je niby wyplenić. Jednym słowem: koszmar.
Zwłaszcza dla osoby, która posiadając nieszczęsne love handles, próbuje przyodziać się w spodnie typu biodrówki. Jak już wszyscy wiemy, czasy mojej młodości przypadły na królowanie Britney Spears i Christiny Aguilery, które bezwstydnie promowały odsłanianie pępka i noszenie spodni nie wychodzących stanem powyżej kości biodrowych. Osoba posiadająca boczki, zatem właśnie ja, przeżywała ogromne katusze próbując kupić coś, w co jednak można by było nieszczęsne fałdki schować.
Cierpiały i nadal cierpią także osoby, które musza oglądać tych, którzy swoimi boczkami absolutnie się nie przejmują i zakładają obcisłe biodrówki. Ponoć najbardziej ekstremalne widoki można ujrzeć na ulicach amerykańskich i brytyjskich, gdzie panuje luz stylistczny i odzieżowy, niestety, czasami dość opacznie interpretowany.
Z angielska zwane słodko "love handles", choć moim zdaniem "muffin top" jest nieco bardziej akuratny, pomimo, że on akurat tyczy się całych obwodów brzusznych. W swojskiej polszczyźnie brzydactwo to zwane jest boczkami.
Definicja boczków jest prosta - przyspawana na mur beton warstwa tłuszczu osadzona po bokach tułowia, w części nieco bardziej tylnej. Odporna na masaże, bicze i inne drastyczne metody, mające je niby wyplenić. Jednym słowem: koszmar.
Zwłaszcza dla osoby, która posiadając nieszczęsne love handles, próbuje przyodziać się w spodnie typu biodrówki. Jak już wszyscy wiemy, czasy mojej młodości przypadły na królowanie Britney Spears i Christiny Aguilery, które bezwstydnie promowały odsłanianie pępka i noszenie spodni nie wychodzących stanem powyżej kości biodrowych. Osoba posiadająca boczki, zatem właśnie ja, przeżywała ogromne katusze próbując kupić coś, w co jednak można by było nieszczęsne fałdki schować.
Cierpiały i nadal cierpią także osoby, które musza oglądać tych, którzy swoimi boczkami absolutnie się nie przejmują i zakładają obcisłe biodrówki. Ponoć najbardziej ekstremalne widoki można ujrzeć na ulicach amerykańskich i brytyjskich, gdzie panuje luz stylistczny i odzieżowy, niestety, czasami dość opacznie interpretowany.
poniedziałek, 14 kwietnia 2014
Bieganie jest fajne.
O bieganiu wspominałam już nie raz, ale w nieco ogólnikowych powijakach. "Gnębiona" nieco przez siły trzecie postanowiłam nieco bardziej zająć się tematem. Zwłaszcza, że wiosna za oknem nastraja bardzo dobrze do tego typu aerobowych aktywności (o tym, kiedy bieganie jest narzędziem fatburningowym a kiedy wydolnościowym, pisałam TU).
Zacznijmy jednak niejako "od początku".
Wspominałam już niejednokrotnie, że jako dziecię młode biegać nie lubiłam. Bardzo. Z dwóch powodów - nigdy nie byłam w tym dobra (a kto lubi rzeczy, w których nie jest dobry?) i byłam do niego zmuszana przez panią z wfu. Inna sprawa, że wf w szkołach podstawowych (i nie tylko) woła o pomstę do nieba. Nie wiem, jak jest teraz, ale za moich czasów (czyli gdzieś w okolicy tragicznej śmierci dinozaurów), wf polegał na wypędzeniu stada dzieci na stadion, zanotowaniu tych, którzy wydębili zwolnienie od rodziców i nakazaniu tym bez zwolnienia okrążenia stadionu określoną ilość razy. Czasem były sprawdziany - bieg na 60m, na 400m, dwunastominutowy i przełaj. Wszystkie one kończyły się dla mnie rumieńcem wstydu.
Zacznijmy jednak niejako "od początku".
Wspominałam już niejednokrotnie, że jako dziecię młode biegać nie lubiłam. Bardzo. Z dwóch powodów - nigdy nie byłam w tym dobra (a kto lubi rzeczy, w których nie jest dobry?) i byłam do niego zmuszana przez panią z wfu. Inna sprawa, że wf w szkołach podstawowych (i nie tylko) woła o pomstę do nieba. Nie wiem, jak jest teraz, ale za moich czasów (czyli gdzieś w okolicy tragicznej śmierci dinozaurów), wf polegał na wypędzeniu stada dzieci na stadion, zanotowaniu tych, którzy wydębili zwolnienie od rodziców i nakazaniu tym bez zwolnienia okrążenia stadionu określoną ilość razy. Czasem były sprawdziany - bieg na 60m, na 400m, dwunastominutowy i przełaj. Wszystkie one kończyły się dla mnie rumieńcem wstydu.
piątek, 11 kwietnia 2014
Easy Guide for Beginners
No dobra, to ja się teraz pomądrzę. Nie, żebym w innych postach robiła coś innego ;)
Swoje początki jedzeniowo - treningowe pamiętam jako szereg błędów i wypaczeń. Zapewne nie tylko ja je popełniam, zatem myślę, że każdy początkujący może z poniższego tekstu skorzystać. Uwaga - nie będzie to żaden plan treningowy. lecz zbiór rad, które warto zapamiętać. A już na pewno nie będzie to plan o uniwersalnym zastosowaniu (bo przede wszystkim wbijcie sobie do głowy zasadę #1. Nie ma czegoś takiego, jak trening uniwersalny, który każdemu podpasuje. Każdy z nas ma ciało, które różnie reaguje na bodźce.
Swoje początki jedzeniowo - treningowe pamiętam jako szereg błędów i wypaczeń. Zapewne nie tylko ja je popełniam, zatem myślę, że każdy początkujący może z poniższego tekstu skorzystać. Uwaga - nie będzie to żaden plan treningowy. lecz zbiór rad, które warto zapamiętać. A już na pewno nie będzie to plan o uniwersalnym zastosowaniu (bo przede wszystkim wbijcie sobie do głowy zasadę #1. Nie ma czegoś takiego, jak trening uniwersalny, który każdemu podpasuje. Każdy z nas ma ciało, które różnie reaguje na bodźce.
poniedziałek, 7 kwietnia 2014
A Ty pokaż swoje nogi, nogi, nogi, nogi
Wiosna to ten czas, kiedy odsłania się nogi. Płeć brzydka czeka na to z utęsknieniem pomimo, iż to nie ich nogi wzbudzają skrajne emocje. Z odsłanianiem nóg zmaga się głównie płeć piękna, przy czym wymaga to od niej wykonania szeregu czynności wstępnych.
Jak się zapewne domyślacie (bo po tytule jeszcze trudno odgadnąć :P ) post ten będzie przeznaczony dolnym kończynom, stanowiącym dość kluczową partię treningowa, w dodatku często niechętnie ćwiczoną przez panów.
Nogi jakie są, każdy wie. Bywają długie, krótkie, idealnie proste i artystycznie zakrzywione. Bez względu na to, jakimi dysponujemy, warto zadbać o to, by były jędrne i umięśnione - w większym lub mniejszym stopniu, zależnie od tego, jakie są nasze cele. Zazwyczaj to panie chciwie pożądają smukłych kończyn, którymi niczym gazele, rączo mknąc mogą... no,dokądkolwiek. Na siłownię chociażby. U panów bardziej pożądane są mocniej rozbudowane czworoglowe, dwugłowe, łydkowe i w ogóle wiadomo, że prawdziwy facet robi takie treningi, żeby broń boże nie zmieścić się w rurki.
Jak się zapewne domyślacie (bo po tytule jeszcze trudno odgadnąć :P ) post ten będzie przeznaczony dolnym kończynom, stanowiącym dość kluczową partię treningowa, w dodatku często niechętnie ćwiczoną przez panów.
Nogi jakie są, każdy wie. Bywają długie, krótkie, idealnie proste i artystycznie zakrzywione. Bez względu na to, jakimi dysponujemy, warto zadbać o to, by były jędrne i umięśnione - w większym lub mniejszym stopniu, zależnie od tego, jakie są nasze cele. Zazwyczaj to panie chciwie pożądają smukłych kończyn, którymi niczym gazele, rączo mknąc mogą... no,dokądkolwiek. Na siłownię chociażby. U panów bardziej pożądane są mocniej rozbudowane czworoglowe, dwugłowe, łydkowe i w ogóle wiadomo, że prawdziwy facet robi takie treningi, żeby broń boże nie zmieścić się w rurki.
Subskrybuj:
Posty (Atom)



