sobota, 14 czerwca 2014

5 ton, lista, lista lista przebojów!


Siłownie w życiu zmieniałam równie często jak miejsca zamieszkania - siłą rzeczy. Bywały mniejsze, bywały większe, lepsze i gorsze. Szukając opinii natykam się na takie kwiatki jak ŚWIEŻO WYFROTEROWANE I WYPOLEROWANE podłogi (serio, bez żadnych mat. Wyobrażacie sobie targanie sztangi i jednoczesne ślizganie się po połodze? Już widzę ten martwy ciąg sumo z rozjeżdżającymi się nogami... Na szczęście w mojej obecnej są niemal wszędzie wykładziny - więc nic się nie rozjeżdża, no i jak puści się ciężar na ziemię, to nikt nie krzyczy, że rysuję podłogę (takie rzeczy też się zdarzyły, pan trener kazał ostrożnie obchodzić się z kettlami, żeby nie rysować posadzki :D ). Minusem mojej obecnej siłki jest mała ilość talerzy (więc jest walka ;) ) i to, że na niektórych nawet nie ma napisanej wagi. Jej ogromnym plusem jest za to fakt, że znajduje się 200 metrów od domu i jest czynna do północy. 

Bardzo możliwe, że niedługo wygoda trochę ucierpi, bo doskwiera mi brak bosu, piłek, kettli czy worków bułgarskich, a lubię mieć szeroki wybór przy wykonywaniu ćwiczeń i czasem sobie urozmaicać podstawowe ćwiczenia, zwiększając przy okazji osiągane z nich korzyści (np. bulgarian squat robiony z nogą opartą o piłkę - spróbujcie kiedyś :) ).
Póki co jednak trenuję na tym, co mam - bo sama sztanga i hantle też wystarczą, by zrobić świetny trening :)
Także tego... moje top 5 siłownianych ćwiczeń ostatnimi czasy. Wbrew pozorom nie ma wśród nich ćwiczeń bicepsowych ;) 
Screeny anatomiczne ćwiczeń zapożyczyłam z "Atlasu treningu siłowego" Delaviera ( <3 ) 

poniedziałek, 2 czerwca 2014

Los Treneros i Tłuszczowe Łzy

W mej pamięci nieustannie żywe jest wspomnienie z czasów licealnych (kiedy to waga oscylowała w swoich najwyższych granicach ever, a ja zamiast porannych przebieżek wolałam dodatkową porcję białego chleba z grubą warstwą masła). Wspomnienie to dotyczy jednego z wuefistów, który podczas zajęć na szkolnej siłowni postawił mnie przed zdjęciem pięknej, szczupłej pani w stroju do ćwiczeń z lat 90 i powiedział, że nie wyjdę stąd dopóki nie zacznę wyglądać jak ona. Wtedy też poczułam jeszcze dotkliwiej każdy swój nadprogramowy kilogram, zaś po wf-ie pocieszyłam się słodką bułką ze szkolnego sklepiku (no bo przecież nigdy nie będę wyglądać jak ta pani, więc co mi tam.. a drożdżóweczka taka pyszna!). Gdyby ktoś wtedy powiedział, że będę zachwycać się aktywnością fizyczną, interwałami, Shaunami i wszystkim, co można powiązać z życiem w wersji Fit, popukałabym się w czoło z pełnym przekonaniem, mając go za szaleńca. Podobnież, gdyby powiedziano mi, że poprowadzę jakiekolwiek zajęcia grupowe. Zdarzało mi się co prawda to już wcześniej, ale raczej dla grona znajomych bądź ludzi indywidualnie, zaś w miniony weekend miałam niewątpliwą przyjemność pomęczyć nieco większe grono osób, które wcześniej mnie nie znały, przynajmniej osobiście. Czas wykorzystać na coś swoje uprawnienia trenerskie, wszak operacje i przeprowadzki mam już za sobą - no excuses. Bójcie się ;)

Jakiś czas temu kuzynka, z którą w dzieciństwie odgniatałyśmy sobie tyłki godzinami dyskutując na nocnikach, zaproponowała mi bym w ramach prowadzonej przez nią akcji "Bądź Fit Na Orliku" poprowadziła jakieś zajęcia. Trzeba Wam wiedzieć, że Hania całe życie była jednym chodzącym mięśniem i wtedy, gdy ja paradowałam ze swoimi fałdkami, ona miała sześciopak na brzuchu i talię osy. Niewiele się u niej zresztą zmieniło, mimo urodzenia dwójki dzieci.
Sobota powitała nas pięknym słońcem, całkiem wysoką temperaturą i mnie osobiście - nutką niecierpliwego oczekiwania. W ręce dzierżyłam teczkę z rozpisanymi i rozrysowanymi ćwiczeniami, w telefonie miałam ustawiony timer interwałowy, u boku zaś ulubioną siostrę i kochaną Kasię. Nasze ojczyste tereny są jak już wiecie bajkowe- mnóstwo zieleni, góry dokoła, wciśnięty tam kompleks sportowy to wymarzone miejsce na trening. Na miejscu czekała na nas grupka sympatycznych i chętnych do ćwiczeń pań. Rozgrzewkę poprowadziła Hania, w tle śpiewała Shakira, ja zaś w międzyczasie rozstawiłam poszczególne stacje. Interwał połączony z obwodem miał trwać dokładnie 20 minut i 40 sekund, tak jak na rozpisce poniżej, z tym, że przerwa między obwodami trwała 50 sekund.

czwartek, 29 maja 2014

Home Gym

W swoim długim jak Wisła życiu przeprowadzałam się tryliony razy. No, mniej, ale za każdym razem zawierało to w sobie element "Cholera, jak ja mam dużo rzeczy!". Mój tatuś z największą goryczą wspomina moje drugie miejsce zamieszkania w Warszawie, gdy to w czterdziestostopniowym upale przenosiliśmy mnie na Bródno, na czwarte piętro, które było piętrem ostatnim, zatem blok nie posiadał windy. Jeszcze wtedy przenosiłam co rusz cały dobytek, łącznie z książkami. Mam dużo książek (teraz leżą w rodzicielskich włościach czekając, aż dorobię się własnego eM dla siebie i Wtoraska), łącznie ważących tonę :) Przeprowadzka została mi wypomniana przy ostatnim przenoszeniu z Warszawy do Wrocławia, gdy tatuś słusznie zauważył, że teraz owszem, nie ma książek, ale doszły ciężarki i absurdalna liczba butów.

Tak zupełnie a propos... W moim przyszłym eM będzie pomieszczenie na domową siłownię. Stąd też odpada kawalerka, kupno co najmniej dwupokojówki wydaje się koniecznością. Lokalizacją będzie zapewne jakaś Dziura-Zabita-Dechami, bo własne metry kwadratowe w ładnej części Wrocławia będą mi finansowo dostępne chyba tylko wtedy, gdy zajmę się mocno nielegalnymi działaniami. Chyba, że los się odmieni i zacznę zarabiać miliony monet - nie wykluczam i takiej opcji ;)


Zdj: businessweek.com

W chwili obecnej jestem jednak zmuszona domowy gym ograniczać do przestrzeni, będącej mi jednocześnie sypialnią, living roomem i domkiem dla kota.

poniedziałek, 19 maja 2014

Postanowienia Środkoworoczne.

Drogi Pamiętniczku!
Dni kurczą mi się ostatnio w zastraszającym tempie. Mam masę do zrobienia, teoretycznie wszystko rozplanowane, a w praktyce nie wychodzi to tak, jak bym chciała. Bynajmniej nie chodzi tu o treningi, bo na nie czas znajduję choćby w nocy ;) Ale dodatkowe aktywności, sen..? O, snu mam zdecydowanie za mało.


Z samopoczuciem też bywało różnie – trochę to zwalam na pokręcone życie, trochę na własną dezorganizację, trochę na bycie kobietą (a co! :D ), trochę na Polskę, bo na Polskę zawsze można ponarzekać ;) Nie oszukujmy się jednak, w większości jest to jednak moja wina. Czasami, niczym Hermiona Granger chciałabym mieć swój zmieniacz czasu i napinać swój czas na 200%. Wiem jednak, że to kwestia nie tyle ilości czasu, co samodyscypliny i tej właśnie zamierzam mieć więcej.  To z kolei rozbija się o 5 stref, w których w każdej poczynię jedno, mniej lub bardziej rozbudowane postanowienie.
[A Alicja mówiła, nie myśl za dużo, bo Ci szkodzi... ]

poniedziałek, 12 maja 2014

From Rome in Love

Kobiety dużo gadają.
Jako osoba małomówna* nie do końca zgadzam się z tym twierdzeniem, aczkolwiek taki właśnie sąd został rzucony na płeć piękną i nie zamierzam z nim walczyć. Ba! Cieszę się, że takie nadmiernie gadające istnieją, bo przy nich ja, mało mówiąca, wychodzę na anioła ;)

* Pomijając pewne krakowskie incydenty, gdzie przy nikłej zachęcie współtowarzyszy gadałam trzy godziny bez przerwy - po dwóch zorientowałam się, że ludzie patrzą na mnie z otępiałym wyrazem twarzy a jeden z kolegów ma mord w oczach. Zreflektowałam się. Zamilknięcie zajęło mi kolejną godzinę ;)

Tak czy owak, gdy słowa znikają, pojawiają się obrazki. Mało tego było ostatnio, większość internetowa, a dziś poczęstuję Was własnymi zdjęciami, postaram się, by były choć troszkę chronologiczne. Albo nie, tematyczne! Będą tematyczne :)

Część I. Rzym.
W tym roku, zamiast tradycyjnego biegania z koszyczkiem pełnym jajek, wybrałam bieganie po Rzymie. Mój uroczy współtowarzysz podróży w wielkanocny poniedziałek karmił mnie lodami, bym choć na chwilę usiadła i dała odpocząć jego zmęczonym po niedzielnym wędrowaniu nogom. To jego wina. Ostrzegałam, że lubię się ruszać a w tak pięknym otoczeniu byłam niemal jak króliczek z reklamy Duracella ;)


niedziela, 4 maja 2014

Udost.?

Przyszła majówka, postanowiłam podzielić się zdjęciami, a tymczasem przyszło również kilka wiadomości do Lets FIT Together i zdjęcia poczekają na kolejny post, zaś ja tu jestem zmuszona wyrazić swoje skromne zdanie. Temat? Jak w tytule. Wypowiadałam się o tym wielokrotnie na fejsbuczkowym forum, ale to umyka gdzieś tam w cyberprzestrzeni, więc rozwijam temat tu - nie zginie, a będę mogła go wyciągać na światło dzienne od czasu do czasu.

W świecie społecznościówek liczba like'ów i followerów do rzecz dla danej strony kluczowa. Tak uczą wszelkie poradniki marketingu społecznościowego, wieści z Newsletterów PR-owych i innych cudów obeznanych w temacie. Nie śmiem się z tym sprzeczać.

Dla mnie każdy "like", jaki dostaję na facebooku, każdy komentarz zostawiony na blogu, każdy kolejny obserwator, jest powodem do radości i pewnej dumy. Oto ktoś zechciał mi zaufać, uważa, że mam coś wartościowego do przekazania i chce podążać ze mną fit-ścieżką. Za każdy wyraz sympatii i zaufania szalenie dziękuję - bo dzięki Wam chce mi się dalej działać :) Lowja :)

W miarę jednak, jak rośnie ilość czytelników, rośnie tez ilość wiadomości, w których nowo powstałe strony proszą o udostępnienie. Ba! strony mające po parę tysięcy lików piszą z prośbą o udostępnienie kusząc "mi się opłaci i Tobie też". Po czym wchodzę na stronę, a tam albo poziom, do którego się trzeba schylić, albo same obrazki wrzucane w ilości hurtowej i zero treści, albo w ogóle nie wiadomo co. Zgroza mnie tez ogarnia, bo zdarza się, ze na stronach, które dotąd lubiłam widzę pod "udost?" odpowiedź "ok, ale Ty najpierw". Serio? Aż tak bardzo zależy Wam na klikalności..? Bo moim zdaniem dobry blog lub fanpejdż jednak broni się treścią. Nie ilość, a jakość, prawda?


Udostępniając taką stronę moim czytelnikom, niejako się pod nią podpisuję... i dlatego chcę po raz kolejny podkreślić, że nie wchodzę w takie układy. Idąc jednak za tropem Maćka, o którym będzie i niżej, chciałabym udostępnić Wam kilka fanpejdży, na które naprawdę lubię zaglądać. Listę blogów macie na dole mojego, z prawej strony - więc siłą rzeczy, je również polecam. Część z fanpejdżowiczy również blogi posiada, ale nie każdy - jednak bez względu  na stan blogoposiadania potrafią nieźle zmotywować. To są ludzie, którzy mnie motywują, inspirują, których darzę sympatią i polecam z całego serca. Trochę ich jest :) Od razu zaznaczam, że
a) kolejność jest przypadkowa,
b) to, że jakiegoś fanpejdża tu nie ma nie oznacza, że go nie lubię, nie cenię bądź nie oglądam. Może być, że po prostu obserwuję go dopiero od niedawna? Albo nie zdążyłam jeszcze odwiedzić? Jeśli tak, zaproś mnie do siebie - to traktuję z sympatią i nie odmawiam :)


Przedstawiam Wam, z prawdziwą przyjemnością, moich fi-najulubieńszych :)

piątek, 2 maja 2014

Na dywanik!

W życiu tylko raz (odpukać) wylądowałam na dyrektorskim dywaniku. Było to w pierwszym semestrze siódmej klasy szkoły podstawowej (tak, jestem z 'tych, którzy szli starym trybem'), kiedy to podczas przerwy pobiłam się z kolegą. Tzn... pobiłam... To za duże słowo, ale z obu stron doszło do kontaktu fizycznego, który trudno porównać do głaskania. Wszystko skończyło się obniżoną oceną z zachowania, a ostatecznie prawie happy endem - z kolegą chodziłam potem także do liceum i trudno powiedzieć, że nie żywiłam do niego sympatii. Pomimo wszystko to był  bardzo fajny chłopak, możliwe, że jest nadal, nie wiem - po maturze kontakt nam się urwał i żadne nasze klasy i fejsbunie tego nie zmieniły.
Także tego... miejcie to na uwadze, gdy zechcecie ze mną zadzierać ;)

Temat dywanika wziął się stąd, że postanowiłam przybliżyć Wam moich ulubionych trenerów internetowych, z którymi ćwiczyć lubię - zwłaszcza, gdy nie mogę iść na siłownię a nie chce mi się wymyślać swoich ćwiczeń. Zanim jednak do nich przystąpię, polecę hejtem....

wtorek, 29 kwietnia 2014

Neverending Story. Dieta.

"Izoldo, ratuj! Potrzebna mi dieta, ułożysz mi coś?"

To pytanie słyszę średnio raz w tygodniu. Z jednej strony jest mi miło, bo skoro ludzie widząc mnie prosza o dietę, to primo - uważają, że się zdrowo odżywiam, secundo - uważają, że to odżywianie ma jakieś przełożenie na sylwetkę, co jest mocno budujące w chwilach zwątpienia, podsycanym stojącym pod dużym znakiem zapytania sezonem bikini.

Z drugiej strony mam uczucie, jak bym waliła głową w mur, bo powtarzam w kółko to samo, to samo, to samo... Jak ten chomik w kółku.





Nie jestem dietetykiem. Staram się jak mogę, doradzając w kwestiach żywnościowych, ale ułożenie szczegółowego jadłospisu nakierowanego na konkretne problemy zdrowotne przekracza moje kompetencje. Dlatego jeszcze raz, powoli i wyraźnie, na ile pozwala mi na to komputer i cała reszta technologii, przekazuję podstawowe zasady.

Po pierwsze, odsyłam do lektury kilku wcześniejszych postów:

piątek, 25 kwietnia 2014

Join us! Wspólny trening! :)



 
Założenie jest proste – jako, że moja skromna strona nazywa się „Lets FIT Together” i ostatni człon jakoś zobowiązuje, chciałabym, byśmy codziennie wspólnie wykonywali jakiś trening. Oczywiście w jednym czasie raczej się nie uda, każde z nas ma swoje życie i inny rozklad dnia, natomiast fajnie jest pomyśleć, że gdzieś tam Miętówka też męczy ramiona, i że nie tylko mój brzuch dostaje dziś dodatkową porcję ćwiczeń :) [brzucha nadesłano dużo, więc będzie zmęczony ;) ]

Treningi mają być w miarę krótkie, tak, żeby stanowiły atrakcję dodatkową, nie zaburzając Wam Waszych indywidualnych planów treningowych. Mają być raczej formą zabawy i poczucia, że ćwiczymy razem :)

Zaczynamy 5 maja (bo na długi weekend pewnie część z Was wyjeżdża).

Całą rozpiskę znajdziecie tu (https://docs.google.com/spreadsheets/d/1xwCPzWGU--sDJm8OcyILhMhe6S5f8K3YXZEh-6Sojjo/edit?usp=sharing), ale i tak ku pamięci, codziennie w wydarzeniu pojawiać się będą przypomnienia i linki/zdjęcia :)

Dodatkowo w dokumencie z linka możecie wpisać się jako uczestnicy (druga zakładka), jeśli chcecie – możecie się tam podlinkować, żeby było wiadomo who is who (ale nie jest to obowiązek ;) ). W tabeli wpisujecie krzyżyk, jeśli trening zrobicie i zostawiacie pole puste, jeśli tego dnia nie dacie rady poćwiczyć.

Who is in? :) TU link to wydarzenia na facebooku.

ZAPRASZAM :) :) :)

Ps. A jeśli będziecie chcieli by wydarzenie trwało dalej... możecie propozycje wpisywać w kolejnych datach (to też sugestia dla tych, którym wysłanie treningu umknęło :) )

wtorek, 22 kwietnia 2014

Goodbye Cellulite

Pamiętacie post o cellulicie recydywiście?
Z racji tego, że niedługo wróci lato i trzeba będzie włożyć szorty (bo nie wierzę, że ktoś mógłby wytrzymać w grubych rajtach i obciskającej bieliźnie w trzydziestostopniwym upale), temat znów wraca na tapetę. Możemy sobie co prawda wmawiać, że to nie cellulit lecz sposób, w jakim nasze ciało mówi "Jestem sexi" w braillu, ale możemy też spojrzeć prawdzie w oczy i zmierzyć się z faktem, że jeśli nasze ciało będzie wyglądało jak siedzenie skórzanego, nabijanego guzikami fotela, to nawet robotnicy na budowie się na naszymi nogami w szorty odzianymi nie obejrzą. A bozia mi świadkiem, że ich uwaga jest tym, czym sobie niemal zawsze można podnieść samoocenę zakładając spódniczkę.
Nie działa to jednak w przypadku panów, więc muszą sobie znaleźć inny sposób na dopieszczenie próżnego ego :)
Jakiś czas temu poproszono mnie o przetestowanie systemu Drenafast, działającego między innymi na cellulit właśnie. Pocieszam się, że nie napisano, że wybrano mnie ze względu na to, że cellulit wyziera z każdego kąta zamieszczonych w sieci moich fot, ale dlatego, bo system ten u osób prowadzących aktywny styl życia daje szybsze rezultaty. Pewnie to prawda, bo jak wiemy, bez właściwej diety i ruchu, możemy się smarować czym chcemy, a i tak zaprzepaścimy te litry maści  kremów.
Życie jednak potoczyło się tak, że podczas testowania wdarła mi się operacja, rekonwalescencja i smarowanie było mi nie w głowie. Rozłożyłam je zatem na dwie w miarę podobne w długości części i oto wnioski. Od razu mówię, że pozytywne - choć miałam nadzieję, że może będzie się do czegoś, poza ceną, przyczepić ;)




Drenafast nie jest tylko żelem - składa się z dwóch produktów, dzięki którym możemy zaatakować podstępne złogi zarówno od zewnątrz, jak i od środka.